-

Greenwatcher : "Od kiedy nie jesteśmy karmą dla wielkich kotów, boimy się samych siebie"

Gwałt w Puszczy B.

Prof. Dieter Birnbaher, filozof etyki środowiskowej Uniwersytetu w Düsseldorfie, został zapytany, w trakcie wywiadu udzielonego „Dzikiemu Życiu” (luty 2012), w którym redaktor uporczywie nawracała do problemu ciemnoty, zamieszkującej między Czarnym Groniem a Puszczą Białowieską, o konflikty społeczne w Niemczech, podobne tym jakie mają miejsce w Polsce wokół cennych przyrodniczo terenów. Ówcześnie właśnie Czarny Groń, z budowaną nartostradą, oraz Puszcza Białowieska, ciągle będącą w zarządzie leśników, były, dla tubylczego ekologizmu, znaczącymi symbolami niszczenia przyrody w Polsce (na marginesie przypomnę, że rok 2012 to rok, w którym ograniczano leśnikom możliwosci likwidacji ognisk kornika drukarza w lasach Puszczy Białowieskiej, czego skutki zna dziś niemal każdy).  

Myśliciel z Niemiec miał w tym wywiadzie odegrać rolę oświeconego z metropolii, pouczającego prowincję, jednak co ciekawe nie poddał się temu angażowi. Zamiast przytoczyć wcześniej poczynione własne spostrzeżenie o tym, że społeczeństwa krajów rozwiniętych wykazują sceptycyzm wobec ciągłego dążenia do wzrostu gospodarczego i rosnące poparcie dla ochrony środowiska, powiedział coś co warto powtórzyć w całości: Ogólnie rzecz ujmując, podobnych kontrowersyjnych problemów, jakie występują np. w Tatrach czy w Beskidach, w Niemczech nie mamy, ponieważ nawet tereny w Alpach były od wieków użytkowane przez człowieka. W Niemczech trudno wskazać tereny, które przypominałyby przyrodę pierwotną, mamy do czynienia głównie z krajobrazem antropogenicznym.

Redaktor, nieusatysfakcjonowana takim oświadczeniem, próbowała dopytać czy istnieje szansa, aby w kraju takim jak Polska zainteresowanie zieloną polityką narodziło się zanim przyroda zostanie zdewastowana? Etyk, odpowiadając, zawiódł ponownie. Wskazał nie na ułomności kraju takiego jak Polska, ale na procedury demokratyczne, którymi państwo i społeczeństwo podąża. Tam, gdzie decyduje większość, kosztem dojrzewania demokracji mogą być właśnie straty w środowisku. To stwierdzenie prof. Birnbaher wzmocnił przestrogą o tym, że historia nie odnotowała przykładu dyktatury, która stanowiłaby godny wzór dla polityki ekologicznej. Chęć ochrony przyrody musi realizować się przez instrumenty demokratyczne, a najlepsze intencje światłej mniejszości nie usprawiedliwią gwałtu demokracji dyktaturą, nawet jeśli będzie zielona. Te inspirujące wypowiedzi filozofa brzmią szczególnie wymownie w kontekście instytucjonalnej próby odebrania głosu ludziom, a właściwie gminnym samorządom, niegodzącym się na powiększenie Białowieskiego Parku Narodowego. Ustawa o ochronie przyrody wymaga zgody (uzgodnienia) lokalnej władzy na utworzenie nowego lub powiększenie istniejącego parku narodowego. Ekologiści otwarcie i od lat dążą do zmiany tego prawa. Sami, będąc w mniejszości oraz nie posiadając umiejętności przekonania większości do swych racji, próbują, jak mówi prof. Birnbaher, dokonać gwałtu demokracji zieloną dyktaturą. Ci sami ludzie, którzy na co dzień szafują demokracją i prawami obywatela (np. krzycząc i tupiąc na ulicach lub okupując place budów i dachy domów) nie mają żadnego oporu przed gwałtem odebrania prawa i głosu innym. 

Ciekawym zagadnieniem jest różnica kosztów ochrony przyrody, zasygnalizowana jako konflikty społeczne (kontrowersyjne problemy). Jak twierdzi profesor w Niemczech ich nie ma bo nie ma pierwotnej przyrody, a krajobraz jest antropogeniczny. Nie ma podstawy konfliktu, a więc koszty społeczne ochrony przyrody w Niemczech, mogące skutkować np. na podziałem i rozbiciem wspólnoty, są mniejsze niż u nas w Polsce. Pozostawiam na uboczu znajomość naszej przyrody przez profesora, tak jak problematykę jej pierwotności (być może z perspektywy Niemiec tak to wygląda), uznaję zaś jego  przekonanie o niewątpliwych różnicach jej zachowania i to na naszą korzyść. Jeśli jednak miarą tej korzyści ma być ład społeczny, to czy nie lepiej mieć u siebie krajobraz antropogeniczny - taki jak w Niemczech? To oczywiście niemądre, ale dopiero w tej perspektywie widać, że to co powinno być naszą dumą i wzorcem dla innych, a wiec stan przyrody i sposób gospodarowania, jest świadomie rozgrywane na naszą niekorzyść, a skutkiem ubocznym (a może to właśnie cel podstawowy?) jest rozbicie społeczeństwa (pedagogika wstydu) i państwa (bezpieczeństwo). Wydaje się, że tam gdzie przyroda jest zdewastowana konflikty winny być większe, podobnie jak aktywność ekologistów, dążących nie tylko do zachowania, ale przede wszystkim poprawy jej stanu. Dlaczego tak nie jest?

Oczywiście nie ma jakiegoś heglowskiego determinizmu, historycznego i rozwojowego, który doprowadzi w Polsce do zniszczenia, na wzór tego, który ilustruje stan zachowania przyrody na zachodzie Europy. Takim  właśnie lękiem ekologiści w Polsce próbują, nieskutecznie, zarazić znakomitą większość społeczeństwa oraz przerazić, miejscowym zacofaniem, elity Zachodu - w tym wypadku profesora Birnbahera, a na co dzień urzędników z Komisji Europejskiej, członków UNESCO itp. Nie jest regułą, że najpierw musimy zniszczyć przyrodę i się wzbogacić - zgodnie z obserwacją profesora - by być, jak np. Niemcy, bardziej wrażliwymi na jej ochronę oraz bardziej świadomymi otaczającego świata. Nie jest prawidłem by demokracja degradowała bogactwo natury by stać się bardziej dojrzałą (odrębne pytanie co jest miarą tej dojrzałości?).

Załóżmy, że Niemcy to społeczeństwo obecnie bardziej skłonne do ochrony przyrody i bardziej sceptyczne wobec rozwoju gospodarczego niż Polacy (działa tu ten sam model myślowy, że skoro wywołałeś nazizm to najlepiej wiesz jak do niego nie dopuścić -  zdegradowałeś swoją przyrodę to najlepiej wiesz jak ją chronić). Jeśli tak, to jak udaje się im utrzymywać prymat największej gospodarki w Unii Europejskiej, pięciokrotnie większej niż ta w Polsce, gdzie poziom konsumpcji i standard życia obywatela był i jest, niezaprzeczalnie, większy? Czy skutkiem ubocznym owych postaw nie jest przypadkiem migracja niemieckich firm na Ukrainę, do Rosji i Chin, a więc w miejsca poza „wrażliwością” ekologiczną społeczności dojrzałego demokratycznie Zachodu? W miejsca, gdzie obecnie powstają nowe krajobrazy antropogeniczne? Być może te firmy oraz inne są tam pionierami norm ochrony środowiska oraz demokracji, jeśli tak to chwała im za to.

Nie sądzę jednak by zrąbkowanie tajgi (o którym tylko słyszałem i nie mogę potwierdzić źródła) na potrzeby ekologicznego opału w Niemczech było dowodem większej świadomości ekologicznej Berlińczyków niż Białowieżan – nawet jeśli ci ostatni zostali zmuszeni by palić tanim ruskim węglem, by przeżyć zimę. Nie znam determinacji tych pierwszych do życia jakie jest codziennością obywateli np. Teremisek (ślad ekologiczny). Nie słyszałem o masowym exodusie zachodnich Europejczyków w puszczańską dzicz, natomiast faktem jest exodus Podlasian na Zachód, choć jego przyczyną nie jest chęć porzucenia „ciemnoty”, niewrażliwej na ochronę przyrody i nieświadomej otaczającego świata.  Pozwolę sobie na złośliwość. Jeśli trafią tuż za granicę to możliwe, że będą palić tundrą w kominkach, a energię elektryczną dostarczą im kopalnie i elektrownie węgla brunatnego, czym dostąpią świadomości ekologicznej dojrzałej demokracji.   

Można uznać, że obecność Puszczy Białowieskiej i ludzi tu gospodarujących jest świadectwem dojrzałości ekologicznej społeczności oraz państwa (zob. jak nieumiejętnie tym bogactwem i informacją gospodarujemy http://greenwatcher.szkolanawigatorow.pl/trzy-puszcze-wspolnoty, polecam komentarz  A-Tema pod tekstem), znacznie starszej niż najstarsze w Polsce stowarzyszenie ekologistów (działa od 1984 r.). Jednak wtedy pole konfliktu oraz rozległe pole interesu od razu znikną, tak jak ci, mający stałe, apokaliptyczne wizje teraźniejszości i przyszłości. Można też uznać, że Puszcza przetrwała, do obecnej postaci, nie dzięki Podlasianom, ale mimo im. Nie dzięki roztropności gospodarowania zasobami, tworami i składnikami przyrody, ale przez gospodarcze i cywilizacyjne zacofanie. Taki właśnie punkt widzenia, mobilizuje i spaja ekologistów do walki z „tubylczą ciemnotą”, do odebrania jej „przypadkowego” światowego dziedzictwa Puszczy, ale to nie wszystko. Taki punkt widzenia karmi ich superego "oświeconych" - indywidualnie i grupowo -  co z kolei usprawiedliwia poniesioną porażkę w przekonaniu większości do swojej racji oraz gwałt zasad demokracji. Podświadomość dyktatury, wcześniej czerwonej i brunatnej, a teraz zielonej, była i jest silniejsza niż nauczanie prof. Birnbahera.   



tagi: demokracja  ochrona środowiska  ekologizm 

Greenwatcher
21 lipca 2017 12:06
2     871    6 zaloguj sie by polubić
komentarze:
A-Tem @Greenwatcher
22 lipca 2017 14:27

Dzięki za polecenie!

Ogromnie warto czytać Twoje notki, z dużą uwagą i miłą chęcią oczekuję ich. Pokazać mechanizmy w "ochronie przyrody" nie jest prosto. Robisz to tak zajmująco i jednocześnie wnikliwie, że nie tylko radośnie czyta się Twoje artykuły, ale one coś więcej dają: wiedzę.  Ta pozostaje trwale w pamięci czytelnika.

zaloguj się by móc komentować

Paris @Greenwatcher
22 lipca 2017 17:44

Ciezko bedzie, ale rekami i nogami trzeba sie bronic przed tymi  TERRORYSTAMI  i gonic to zwykle  ZLODZIEJSTWO  !!!

Za mocno sie rozsiadla i rozpanoszyla ta banda u nas w Ojczyznie... za duzo ich... tym bardziej, ze na dzien dzisiejszy dysponujemy chyba najwiekszymi zasobami lesnymi w Europie... stad slinia sie niemozebnie !!!

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować