-

Greenwatcher : "Od kiedy nie jesteśmy karmą dla wielkich kotów, boimy się samych siebie"

Jaja w samolocie szczęścia nie przyniosą

Przypominam sobie jeden z pierwszych wykładów o metodach statystycznych w naukach przyrodniczych. Z szeregu pułapek, w które może wpaść naukowiec zapatrzony tylko w model opisu rzeczywistości, pamiętam tę, która ilustrowała przebieg krzywych narodzin dzieci oraz przylotów bocianów tuż po zakończeniu II wojny światowej. Wieloletnie wyniki obserwacji demograficznych i ornitologicznych, zdawały się nie pozostawiać żadnych wątpliwości: im więcej bocianów tym więcej dzieci. Przyjęte do analizy dane idealnie pasowały do modelu przyczyny następstwa pokoleń serwowanego najmłodszym. Ile takich fałszywych modeli, otaczającego świata, świadomie serwuje się dorosłym?

Możliwe, że z wielopokoleniowego doświadczenia, kojarzącego przyloty bocianów z przednówkiem, pozostało radosne przeświadczenie o podniebnym dostawcy szczęścia i dzieci. To tak jak w zabawie w głuchy telefon, tyle że z przeszłości, w której informacja odebrana ma zupełnie inną treść niż nadana. Przednówek był bardzo trudnym okresem. Czas między wyczerpaniem zapasów z poprzedniego roku, a wiosennym rozbudzeniem wegetacji i możliwością korzystania z najwcześniejszego plonu, zbierał śmiertelne żniwo, szczególnie wśród biedniejszych, słabszych i chorych. Jeśli zaś zbiory z poprzedniego roku były kiepskie, a zima się przedłużała, nieszczęście pewnie dotykało większość. Ten wymuszony przez rytm przyrody post był pewnie szczególnie krytyczny dla dzieci. Im późniejszy i dłuższy przednówek, tym więcej ofiar osłabienia, chorób, zatruć i głodu.

Tuż przed jego końcem, przylatywały bociany korzystające z dobrodziejstwa cieplejszych dni i nieuniknionego następstwa pór roku średnich szerokości geograficznych. Im szybciej pojawiały się te zwiastuny końca głodowej męki, którą brytyjscy rolnicy dosłownie nazywali hungry gap, tym większa była szansa na przeżycie. Być może skojarzenie tych faktów, szczególnie radosnych dla rodziców, przetrwało mocno zmienione w kolejnych pokoleniach? Być może ono dało sposobność stosownego wykrętu od tłumaczenia przyczyny narodzin? Trzeba przyznać, że jest on znacznie ciekawszy i godniejszy niż przypadkowe odnalezienie córki lub syna w kapuście. Dzisiaj to raczej nieprzystojne zachowanie decyduje o tym, że domyślamy się czyichś więzi rodzinnych z kapuścianymi głąbami.

Być może przylot bocianów oraz przypisana im akwizycja dzieci ma inne wytłumaczenie. Ludowe przekonanie o tym, że bocian „zwiastuje” narodziny, musiało by być determinowane zajściem, dosłownie i w przenośni, sprzed dziewięciu miesięcy. Mimo lubieżnej perspektywy obchodów nocy letniego przesilenia Słońca i nieuniknionego wiosennego następstwa, nie łatwo dziś dowieść czy rzeczywiście każda wiosna wyjątkowo, na tle innych pór roku, obfitowała konsekwencją letniej radości. Niewątpliwie narodziny basałyka podczas pełni wiosny oraz odchowanie w czasie lata i jesieni potęgowało zarówno jego szansę, jak i matki, na przeżycie. Możemy tylko przypuszczać, że taka może być geneza szczęścia przynoszonego przez bociana. Ta symbolika pokonała kontynenty. Sądząc po amerykańskich animacjach również i w Ameryce Północnej bocian dostarczał dzieci. Tyle, że tam bociana białego nie ma, ale są za to potomkowie europejskich osadników.

Bocian przynosił szczęście i jego symbolem pozostał. Domów z bocianimi gniazdami rzekomo nie ima się ogień, ni wichura, ni błyskawica, ni gradobicie. Choć fakty temu przeczą – wiele bocianich gniazd płonie po uderzeniu pioruna, zwierzęta nie są odporne na wyładowanie elektrostatyczne, a pisklęta są często zabijane przez grad – to stereotyp ten wcale nie osłabł mimo upływającej drugiej dekady XXI w. Czy jednak i w tym przypadku wiadomość nadana nie została całkowicie przenicowana ?

Duży ptak mógł być naprawdę wielce poważany przez naszych praszczurów, bo rzeczywiście przynosił im na wiosnę szczęście wprost na głodowy stół przednówka. Domniemanie o takiej genezie przymiotu bocianiego szczęścia jest trudne do udowodnienia. Mięsny wątek jednak warto podtrzymać, bo dysponujemy czymś więcej niźli powyższe przypuszczenia. Szczątki bociana znajdowane były i są wśród kuchennych resztek mezolityczno-neolitycznych z Pomorza Zachodniego, ale także licznie w średniowiecznych warstwach śmieci z całego Pomorza i Śląska. Chyba tylko współczesny sentyment do bociana białego, zdeformowany nadaniem głuchego telefonu z przeszłości, utrzymuje przekonanie, że były to ogryzione kości bociana czarnego. Nie radzę by w imię poprawności, nazywać tego czarnego kuzyna Afroamerykaninem – to błędne.

Swoją drogą, jak ekologicznie niepoprawni są archeologowie – cieszą ich odkrycia śmieci, a smuci ich nietrwałość. Nic dziwnego, że ta niegodna ekologizmu postawa przynosi herezję o pożeraniu dzikich ptaków przez dzikich ludzi. O ile zgodna ze stereotypem byłaby informacja, że nieuświadomiony lud z ciemnego, chrześcijańskiego średniowiecza konsumował dziki drób, to jakże przykra musi być ta, że dziki z epoki kamienia nie był weganem. Ornitofilia z przeszłości nie może być referencją dla współczesnych ekologistów, mantrujących do powrotu do natury i o błogosławieństwie dziczy.

To dawne, a dziś potępiane, konsumpcyjne umiłowanie ptaków pozwala paleozoologom odtwarzać skład minionej ornitofauny z sąsiedztwa dawnych osad, grodzisk, miast. W warstwach archeologicznych takich miejsc zachowały się ślady ucztowania z udziałem: bocianów, dropiów, głuszców, cietrzewi, jarząbków, łabędzi, gołębi, kaczek, mew i dziesiątek innych gatunków, w tym szponiastych i sów. Ptasie menu było kiedyś znacznie bogatsze niż obecnie i nie chodzi tu bynajmniej o ptasie języczki, ale o naprawdę długą listę gatunków, dużych i małych, lęgowych i przelotnych. Nasz kontakt z dzikimi ptakami naprawdę ostatnio  osłabł.

Ptasznik, który bywa niekiedy synonimem poważanego zawodu współczesnego sokolika, to rzemiosło o którym zapomniano, podobnie jak o niewodniku, łagiewniku i wielu innych. Zauważmy, że również w przypadku sokolnika, głuchy telefon przenicował nadaną w przeszłości informację o myśliwskiej profesji, która dziś, w dawnym kształcie, nie jest  akceptowana.

Dający do myślenia obraz takiego średniowiecznego znawcy przyrody, można obejrzeć w pierwszych scenach filmu Jabberwocky - angielskiej komedii wyreżyserowanej przez Terry'ego Gilliama, a z udziałem Michaela Palina, czyli dwójki z grupy Monty Pythona. W trakcie odwiedzania sideł i pułapek, sam myśliwy zostaje złowiony. Ostatecznie większa jego część ląduje w żołądku ptakopodobego smoka, co może być apoteozą poprawności ekologicznej - ma za swoje morderca zwierząt! Ptasie podobieństwo pokracznego potwora nie wynikało tylko z tego, że miał na mordzie papuzi dziób. On chodził jak bocian. Aktor w kostiumie monstrum maszerował tyłem do przodu, a ruch stawów, biodrowego i kolanowego, sugerował dostojny ptasi chód poczwary. Klasyczne, japońskie godzille nie stosowały takiego rozwiązania, no bo jak tu boksować przeciwnika będąc odwróconym do niego tyłem?

Średniowieczny łowca zwierząt z kinowego wyobrażenia scenarzysty z końca XX w. wędruje po gęstym lesie sąsiedztwa zamku. Jednak prace archeologów i paleoekologów, w tym paleozoologów, wyświetlają obrazy z przeszłości zupełnie inne niż powszechne wyobrażenia o dawnych puszczańskich wiekach. Różne tym choćby ze stronic Starej Baśni Józefa Ignacego Kraszewskiego. Co miałby robić wśród gęstwiny lasu na przykład wielce pożywny drop? Bezdyskusyjnym jest, że na średniowieczne stoły, w państwie Piastów oraz ich sąsiadów, nie trafiał z dalekiego eksportu, jako mrożonka ze stepu lub lasostepu południowej Europy i Azji, a więc musiał to być drób miejscowy.

Żywego dropia widziałem kiedyś z bliska w Stobnicy, w stacji terenowej Katedry Zoologii ówczesnej Akademii Rolniczej w Poznaniu. Pamiętam, że moje odczucie dramatu tego osobnika, nazwanego ostatnim w Polsce, a spacerującego w wolierze, zostało przyćmione potęgą tego zwierzęcia. Podobnie wielkiego przedstawiciela ptasiej fauny nie widziałem - nie licząc oczywiście strusia w zoo. To był olbrzym. Masywna budowa ciała, umięśniona szyja, silne i duże nogi nie pozostawiały złudzeń, że mam do czynienia z ptakiem lotnym wprawdzie, ale przystosowanym do życia naziemnego.

Drop to jeden z najcięższych obecnie ptaków latających, mający prawie 20 kg. Ptak ten  upodobał sobie otwarte przestrzenie o niskiej roślinności i dalekiej perspektywie widokowej. Obserwacje jego współczesnego zachowania, studia przeszłości, tej spisanej i zarejestrowanej w osadach, sugerują, że jego siedliskiem, preferowanym i naturalnym, była północna część stepu, z wysokimi, ale niezbyt gęstymi trawami i bylinami.

Dziś wiemy, że wraz z potrzebami i gospodarką człowieka granica między stepem a lasem przesuwała się ku północy. Przed bytującym i gniazdującym na ziemi dropiem otwierały się, dosłownie i w przenośni, nowe pespektywy i przestrzenie kolonizacji. Znakomite warunki w centrum występowania gatunku oraz na jego bliskich obrzeżach, to jest w formacjach leśno-stepowych i półpustynnych, sprawiły, że ptak eksplorował tereny daleko poza granicą swego normalnego występowania. Południowa granica lasu nie tylko uciekała ku północy Europy, ale luźniejsze stawało się wnętrze strefy lasu. Jego miejsce zajmowały pola, łąki i pastwiska, a drewno było niezastąpionym surowcem energetycznym i konstrukcyjnym.

To człowiek w leśnej strefie Europy intensywnie tworzył, przez okres co najmniej dwóch tysięcy lat, siedliska dla dropia, których natura mu tutaj nie zapewniała w sposób trwały i wystarczający. Gatunek zasiedlił tu krajobraz antropogeniczny. Możemy być pewni, że nie chodziło tylko o przestrzeń, ale cały ekosystem, w którym człowiek również eksploatował inne gatunki np. konkurentów siedliskowych i drapieżniki, których ten wielki ptak ma pełno.

Jest wielce prawdopodobne, że w holocenie drop odniósł największy sukces, którego miarą była zajmowana powierzchnia i zapewne wielkość populacji, za sprawą człowieka. Wniknął bowiem w strefę do której nie miał wcześniej dostępu. Tworząc siedliska dla dropia, traktowaliśmy go jak zwierzynę łowną. Mamy zatem paradoks z minionych czasów w postaci „ekologicznej hodowli”, całkowicie niezamierzonej i przypadkowej. Przecież dziś drób na wolnym wybiegu, poza klatkami, jest postulatem i normą ekologicznego rolnictwa. W przypadku dropia dostępny mu areał był o wiele większy niż to co dziś oferujemy kurom, gęsiom, kaczkom i innym. Przypuszcza się, że proces kolonizacji i zadomawiania przebiegał fortunnie do XVIII w., w którym również step, stymulowany przez człowieka, osiągnął swe maksimum zasięgu. Drop gniazdował, w najlepszych latach swojego rozprzestrzenienia, nawet na wrzosowiskach Wielkiej Brytanii i Szwecji.

Wiek XIX przyniósł drastyczne zmiany w wylesionych prowincjach Europy. W tym czasie drop zginął całkowicie np. w Wielkiej Brytanii, Szwecji i Francji. Proces zamierania, objawiający się spadającą wielkością populacji, zarejestrowano we współczesnych granicach Niemiec i w Polsce, w Czechach i na Słowacji, w Bułgarii, a nawet w południowych krainach: Mołdawii, Rumunii, Grecji i Azerbejdżanie. W XX w. zginęły, na terenach wielu z tych krajów,  ostatnie osobniki osiadłych populacji tego gatunku.

Ptak, który w strefie lasu przez setki lat korzystał z obecności człowieka, zaczął się z tej przestrzeni wycofywać. Lista przyczyn tego zjawiska jest bardzo długa, choć można ją zamknąć w pojemnym pojęciu antropopresji, gdzie znajdzie się miejsce dla: kłusownictwa, tępienia, selektywnego myślistwa (odstrzał zdrowych kogutów), chemizacji i mechanizacji rolnictwa oraz wielu, wielu innych. Ponoć najpierw szkodziły dropiom maszyny zaprzężone w konie – to w pierwszej połowie XIX w. w Wielkiej Brytanii, a potem konie mechaniczne – druga połowa XX w. w sowieckich republikach i ich europejskich koloniach.  

Europejska perspektywa przyćmiewa jednak fakt, że w centrum występowania gatunku także nastąpiły zmiany. Przez setki lat ludy Wielkiego Stepu, plądrowały nie tylko miasta bogatej cywilizacji Zachodu i Wschodu, ale także utrudniały trwały rozwój osiadłego rolnictwa na czarnoziemach trawiastych stepów. Jasyr wyludniał tu całe krainy, o czym nieraz było w Szkole Nawigatorów, a był to o wiele trwalszy wynalazek na tani ludzki surowiec i zasób energetyczny niż niewolnictwo na zachodzie kontynentu. O ile osadnictwo i rolnictwo otworzyło dla dropia lasy północy Europy, to na południu ani jedno, ani drugie, nie miało szansy tak dynamicznego rozwoju. Ptasi raj dropia konserwowały grabieże, najazdy i wojny Ordy i Imperium Osmańskiego, a trawiaste obszary, co najwyżej spasane przez liczne bydło, długo nie były zamieniane w pola orne.

Praktycznie do początków XX w. w trawiastym, zielonym stepie dominowało pasterstwo, a i to koczownicze. Drop miał się tu znakomicie. Obecnie ten ptak gniazduje tu już wśród pól słonecznika, rzepaku, lucerny, jarmużu i kukurydzy, a nawet ziemniaka (tam, gdzie temperatura jeszcze pozwala na jego uprawę). Zmiany dotarły zatem i tu, do centrum zasięgu gatunku, znacząco limitując jego zdolność do zasilania populacji na leśnych rubieżach zasięgu.  

Zmieniając na własne potrzeby środowisko coś zniszczyliśmy, ale i coś zbudowaliśmy. Przez setki lat w lasach Europy tworzyliśmy warunki, które sprzyjały dzikiemu przybyszowi z południa. Możemy być prawie pewni, że krzywe liczebności populacji dropia i człowieka, pokazywałyby symultaniczny wzrost, przynajmniej przez kilka wieków. Im więcej ludzi i większe ich potrzeby, tym więcej otwartej przestrzeni polan wśród kurczącego się lasu. Ówczesnego rolnictwa nikt nie dotował by zasiedlać i „hodować” dzikie ptaki z południa.

Gdybyśmy współczesną filozofię ochrony przyrody, skupioną na stanie i różnorodności biotycznej, oraz obecny stereotyp człowieka-niszczyciela, przenieśli w gospodarkę dawnych czasów, to nigdy nie powstałyby w Europie wielkie przestrzenie dla dropia i wielu innych gatunków. Wycinkę lasu na rzecz pól traktowalibyśmy jak barbarzyństwo, a tego dostojnego ptaka jako gatunek obcy, a w najlepszym przypadku jako ekspansywny wskaźnik zniszczenia lasu. Ta sama filozofia dzisiaj piętnuje człowieka za trwający, w europejskiej strefie lasów, proces wymierania mieszkańca stepów. Ona też jest podstawą formułowania bardzo śmiałych projektów ponownego wprowadzenia dropia w miejsca, które człowiek kiedyś utworzył i długo utrzymywał. W Polsce, gdzie planuje i realizuje się wzrost zalesienia,  konkurują o wielkie pieniądze na dropia (chyba powinno być „na misia”) co najmniej trzy zespoły badawcze, ale nie jesteśmy w tej dyscyplinie pionierami.

Drop skutecznie wyprowadzał lęgi w siedemnastowiecznej Anglii. Był ptakiem tak intrygującym wyspiarzy i na tyle dostojnym (a na pewno pożywnym i smacznym), że wprowadzono go do heraldyki hrabstw i szlachectw, gdzie pozostał na stałe. I tylko tu jest, bo z pól, łąk i wrzosowisk znikł już w pierwszej połowie XIX w. Dziś bardziej zaradna część brytyjskich ornitofili chce powrotu dropia na wyspę. By to osiągnąć podjęli współpracę, miedzy innymi, z Rosyjską Akademia Nauk. Do nie dawna, w ramach ambitnego projektu, dropie przelatywały z pogranicza Rosji i Kazachstanu do Anglii. Oczywiście nie dorosłe ptaki,  ale ich jaja, podebrane wprost z gniazd, lub pisklęta, wcześniej inkubowane i podchowane w sztucznych warunkach. Podniebna wędrówka samolotem jaj i piskląt była krótsza i bezpieczniejsza. Że niby nieekologiczna? Że niby kosztowna? Misia też wożono helikopterem i na fakturę. Trwający od roku 2004 program reintrodukcji dropia był pozytywnie oceniony przez dysponentów unijnych składek na LIFE+ i wyróżniony w roku 2011 kolejną dotacją wysokości 1,8 mln funtów.

Problem miłośników dropia nie było bynajmniej to, że minęło prawie 200 lat od jego ostatniego pobytu na wyspie, a ta się znacznie zmieniła. W tym czasie liczba ludności wzrosła z około 6 mln do ponad 60 mln. Wyspiarze nie są w stanie wyżywić się sami i nie chodzi o dawny hungry gap, ale o coś poważniejszego. Import żywności sięga tu każdego roku ponad 40% faktycznych potrzeb i to podstawowych produktów upraw i hodowli. Obawy tamtejszych rolników, że nie dysponują odpowiednią liczbie ludności powierzchnią gruntów uprawnych są uzasadnione. Wzrost cen żywności był tu największy w całej Wspólnocie, podobnie jak wydatki na żywność gospodarstw domowych. Tymczasem przestrzeń dla stabilnej populacji dropia wymagała wyłączenia kolejnych gruntów z produkcji rolnej.

Powyższe rozterki nie trapiły miłośników dropia dlatego, że akurat ich egzystencję sponsorował unijny mecenas. Problemem brytyjskich ornitologów było to, że w prawie krajowym drop był gatunkiem obcym i jego ponowne sprowadzenie wymagało zmiany aktów blokujących taką zachciankę. Prawo stanowione zmieniono - wszak to jego zaleta, jednak pisemna zmiana prawa natury nie jest możliwa. Koszty utrzymania ekosystemów, które nie są wprzężone w naturalny proces strefy klimatyczno-roślinnej lub w potrzeby gospodarki człowieka, są bardzo wysokie szczególnie wtedy, gdy są im przeciwne. Pochłonęły więcej, bezpośrednio lub pośrednio, niż wymieniona wyżej kwota. Co gorsza, wpędziły wyspiarzy w jeszcze większą zależność od tych, którzy na dalekich stepach uprawiają pszenicę i rzepak oraz handlują ostatnimi jajami i pisklętami dropia. Brytyjczycy, po raz pierwszy w roku 2010, doznali skutków synergii unijnych wzorców koszenia łąk, na rzecz hodowli dzikich ptaków, oraz niesprzyjającej pogody. Ceny siana tak wzrosły, a zapotrzebowanie było tak duże, że kradziono baloty z pól. Bogaci właściciele koni nie mieli czym karmić swoich pupili, które o pracy na roli już dawno zapomniały.  

Unijne wzorce zobowiązują nie tylko do ratowania gatunków, ale także do „walki” ze zmianami klimatu i emisją do atmosfery dwutlenku węgla. W strategię tego boju wpisane zostały turbiny wiatrowe, stanowiące część przemysłu energetyki odnawialnej. Wielka Brytania, w której ptasi miłośnicy chcą hodować dropia, jest liderem w tej dziedzinie energetyki w całej Europie. Jej wiatraki, a jest ich około 5 tysięcy i przybywa, wykręcają większość zielonego prądu Wspólnoty. Stanowią one ponad 60% wszystkich elektrowni wiatrowych europejskiej zielonej energii (większość to elektrownie morskie). Być może wspomniani miłośnicy dropia są wśród mieszkańców blisko 7 mln gospodarstw domowych, w których wiatr pokrywa 100% zapotrzebowania na prąd elektryczny tego kraju. Być może energooszczędne urządzenia oświetlają lub wyświetlają im informację ufundowaną przez Komisję Europejską o tym, że turbiny wiatrowe są jednym z głównych zagrożeń dla dropia, zarówno wskutek śmiertelnych kolizji i urazów oraz zmniejszania ich przestrzeni życiowej. Międzynarodowy plan ochrony dropia, przygotowany na zamówienie KE, akcentuje to zagrożenie jako nowe, a powiększające i tak już skumulowany efekt negatywnych, ludzkich oddziaływań na tego ptaka. Przepojona zieloną ideologią społeczność Unii chce mieć jednocześnie dropia i czystą energię z wiatru. Ostatnio taki scenariusz był możliwy kilkaset lat temu, gdy smukłe klipry woziły herbatę, a młyny miażdżyły ziarno na mąkę. Jego podejmowanie w obecnych warunkach jest częścią postępującej i kosztownej schizofrenii, w której ten sam podmiot sponsoruje sprzeczne sobie zachcianki i rozwiązuje problemy, które sam tworzy, dysponując cudzymi pieniędzmi. 

Do nieprawdziwego obrazu rzeczywistości nie jest trudno dopasować dane i równie nieodpowiedzialnie wnioskować: jeżeli to bocian przynosi dzieci, a wzrastającej liczbie ludności w ostatnich dwustu latach towarzyszył spadek populacji dropia, winno się eliminować bociany. Te manowce wnioskowania na dyspozycyjnych danych, w zależności od potrzeby i celu, oparte na fałszywym modelu świata, nie różnią się od tego, co argumentowało dotowanie reintrodukcji dropia w Wielkiej Brytanii, a co zmusza (zmuszało?) społeczność UE do składki na błędnie odczytany testament wyspiarzy. W tym modelu wiedza o paleoekologii i biogeografii nie ma znaczenia, a nawet przeszkadza godnie żyć kolejnemu pokoleniu głąbów, okradających, w ekspercki sposób, swoich bliźnich.

Konsekwencje wybiórczego stosowania wiedzy są bardzo poważne i kosztowne. Wspomniany drop w Polsce i wielu krajach północnej Europy, bez względu na jego paleoekologię i biogeografię, zasila długie listy gatunków wymarłych lub wymierających, które łatwo dopasować, krzywą lub słupkiem na wykresie, do modelu opisu barbarzyńcy w raju. Nawet wtedy, gdy w samobójczym szale wyeliminujemy swoje zdolności tworzenia, dropia zadusi tu las, a i bocianów, przynoszących szczęście, będzie mniej.

 

 

 



tagi: ochrona przyrody  ekologia  drop 

Greenwatcher
3 maja 2019 11:10
34     1547    14 zaloguj sie by polubić
komentarze:
OdysSynLaertesa @Greenwatcher
3 maja 2019 11:34

Zaiste, wariat na swobodzie największą klęską jest w przyrodzie

zaloguj się by móc komentować

klon @Greenwatcher
3 maja 2019 12:14

Proszę się o częstszą obecność notek Autora na SN.
Na kolejny raz do Gwiazdki przyjdzie czekać ?  Litości....

zaloguj się by móc komentować

Grzeralts @Greenwatcher
3 maja 2019 13:56

Tak to jest, gdy humaniści biorą się za analizę statystyczną.

zaloguj się by móc komentować

pink-panther @Greenwatcher
3 maja 2019 14:45

Wspaniała notka. Wręcz fascynująca. Ale ja i tak nie wierzę, że bociany NIE przynoszą dzieci:)))) PS. Polacy lubią bociany z nieznanych mi przyczyn, co oznacza, że nie szczują ich psami, budują im gniazda, pozwalają włóczyć się po łąkach nad strumykami. Prawdopodobnie dlatego, że bociany to ptaki drapieżne i lubią zapolować i jak się im trafi mysz polna, to nie pogardzą.  Prawdopodobnie bociany uratowało w Polsce odesłanie kolektywizacji do lamusa i pozostawienie drzew na miedzach oraz sentyment rolników do "Wojtusia" i "Maciusia".  Oraz brak dostępu rolników w PRL do dużych ilości nawozów sztucznych.  W Holandii  wysyp nawozów wynosił w latach 90-tych XX w. ok. 400 kg NPK na hektar a w Polsce w porywach do 132 kg a po 1989 r. spadło do 70-80 kg NPK bo pan premier Mazowiecki zaczął kupować gaz od ruskich za dolary zamiast za ruble (na własne życzenie), co podniosło ceny nawozów ale cen produktów rolnych - NIE. W dodatku padły PGR-y i przez pewien czas nawozów na terenach, ktore lubią bociany, prawie wcale nie było. 

Nic nie słyszałam o skłonności rolników do konsumpcji bocianów  na terenach obecnej Polski, prawdopodobnie dlatego, że masowe klęski głodu na przednówku występowały co najwyżej w Galicji , kiedy Habsburgowie kazali dyskretnie "wyrżnąć polskich panów" a gospodarstwa rolne chłopskie były nadmiernie rozdrobnione i zlikwidowano pańszczyznę.

Polska nie zna tak potwornego głodu w XIX w. jak dzierżawcy w Imperium Brytyjskim. Pośrednim dowodem na to winny być muzea czy raczej skanseny wsi polskiej, pokazujących , jak "na bogato" żyli chłopi bogaci i średni, jak dobrze ubierały się ich żony  i jak porządnie ozdabiane były wnętrza. Mnie zawsze zastanawia ilość regionalnych odmian "mody" chłopskiej z XIX w. : stroje łowickie, kurpiowskie, krakowskie, góralskie.  To nie jest oznaka nędzy wieloletniej przerywanej przez klęski głodu połączonej z wymieraniem lokalnej populacji chłopskiej.  I ilość tańców, przyśpiewek i obyczajów. Natomiast zdjęcia z XIX w. pokazujące ludność wiejską w Imperium  to nie jest przyjemny widok. To jest tandeta przemysłowa w kolorze szaro-burym kiepsko naśladująca miejskich urzędników. Kobiety miały jeszcze gorzej.  Czy ktoś wie, jak wyglądała tzw. "wyprawa" panny młodej na wsi angielskiej w owym czasie. Bo na wsi polskiej panna musiała mieć nie tylko sporo prześcieradeł lnianych , pierzyny, poduszki z pierza ale i stosowną ilość halek, koszul , najlepiej obrębionych haftem. Inaczej swatowie się nie pojawiali i kawalerowie omijali. 

 

Głód w tych stronach przynosiły wojny i powstania a najbardziej wojny wieku XX.   I to nie zawsze na wieś ale raczej do miasta.

zaloguj się by móc komentować

Greenwatcher @OdysSynLaertesa 3 maja 2019 11:34
3 maja 2019 15:06

To są wysoko opłacani wariaci, z papierami z najlepszych uczelni. A jest to kolor inny niż żółty.   

zaloguj się by móc komentować

Greenwatcher @klon 3 maja 2019 12:14
3 maja 2019 15:11

No wiosna jest. Trzeba przekopać, posiać, posadzić. A jak tu wytłumaczyć rzodkiewkom, że dzisiaj nie podlewam bo piszę? Dziękuję za zachętę, a rzodkiewka już się kończy. 

zaloguj się by móc komentować

Greenwatcher @pink-panther 3 maja 2019 14:45
3 maja 2019 15:30

Pięknie dziękuję. W moich stronach osadnicy olęderscy z zazdrością patrzyli na miejscowych i próbowali im dorównać. Przypominam sobie lekturę Baszanowskiego „Handel Wołami w Polsce”, wydaną przez p. Maciejewskiego i Klinikę Języka, ile to chłop miał wołów, krów, jałówek, cielaków …  a ptasie menu rekonstruują archeolodzy z czasów wcześniejszych.  

zaloguj się by móc komentować

pink-panther @Greenwatcher 3 maja 2019 15:30
3 maja 2019 15:50

No proszę, jak to się potwierdza "dobre życie w Polsce". Drób dziki na stoły to była ziemiańska rozrywka związana z polowaniami. Dzisiaj na polowania na kaczki przyjeżdżają na polskie błota panowie przemysłowcy z Italii. O dropiach nie wiedziałam nic a to jak sie okazuje, bardzo ciekawy ptaszek, zwłaszcza '"na odcinku dotacji'. Prawdopodobnie arystokracja brytyjska siedząca na majątkach rzędu paru tysięcy hektarów mają życzenie zabawić  się w "polskich panów".

PS. Nie wiedziała, ze oni importują 40% żywnosci. Normalnie szok.

zaloguj się by móc komentować

Greenwatcher @pink-panther 3 maja 2019 15:50
3 maja 2019 16:05

Ja nie wiedziałem, że Brytyjczycy są (byli?) unijnymi prymusami w energetyce wiatrowej, a przecież tam co rzucisz kamieniem to spadnie na ornitologa, którego kuzyn w Polsce traktuje turbiny wiatrowe jak maszynkę do mięsa. Widać za kanałem ptaki mądrzejsze i śmigła omijają z daleka. 

zaloguj się by móc komentować

pink-panther @Greenwatcher 3 maja 2019 16:05
3 maja 2019 16:25

Nie wiem, dlaczego w Wielkiej Brytanii była moda na turbiny wiatrowe a może i jest, ale jest też prawdą, że wartość nieruchomości w ich okolicy spada do zera (niesprzedawalne) , co potwierdził stosowny urząd, obniżając podatki dla tych nieruchomości, które tam są.

Energetyka wiatrowa to jest szaleństwo i przekręt na wielką skalę z kilku powodów. Energetyka wiatrowa nie może funkcjonować bez stałego wsparcia energetyki konwencjonalnej, bo  "wiatr albo za silny, albo za słaby" i turbiny się wyłączają. W dodatku powstaje sprawa fal o niskiej częstotliwości, które przechodzą przez wszytkie ekrany, ściany, mury, płoty - i powodują spory uszczerbek na zdrowiu w promieniu kilku kilometrów. Badania ekonomiczne zrobione przez Norwegów na "przykładzie duńskim" pokazały, że to się zupełnie nie opłaca i Norwegowie odstąpili od tej idei.

A badania zdrowotne były robione (i są) w USA a opracowania tłumaczyli jacyś profesorowie medycyny w Polsce.

Więc tu turbiny wiatrowe pojawiają się na terenach poniemieckich , głównie po-pegieerowskich (Mazury, Pomorze), gdzie bieda, skłonność do korupcji duża, lobby niemieckie silne a ekologowie udają, ze ich nie ma.  W moich stronach były dwie próby, zawsze chodziło  o upchnięcie starych turbin niemieckich Siemensa a urzędnicy machali przed nosami bidnych chłopków fejkowymi operatami ekologicznymi, rzekomo podpisanymi przez stosowny urząd wojewódzki.  Na telefony do wydziałów od ptaszków na uniwersytetach z pytaniem o to, czy były robione wymagane przez prawo obserwacje co najmniej roczne a może i dwulenie tras przelotów ptactwa lokalnego od gniazd do ich miejsc obiadowania i czy one nie kolidują z miejscami posadowienia turbin wiatrowych - zapadała cisza a potem następowała panika i "nikt nic nie wiedział".

Na szczęscie w moich stronach miejscowe chłopstwo jest czujne i "niewierzące" władzy oczywiście i "naukowcom z miasta" i w paru miejscach amatorzy "ekologicznej energii" tuż pod nosem wielkich elektrociepłowni - zostali pognani w krzaki.  Zwlaszcza, kiedy się okazało, że umowach (tajnych) z właścicielami turbin -są takie myki, że  chłop , który niby ma dzierżawić im działkę, praktycznie przestaje   być tej ziemi właścicielem. Jak wieść o tych mykach z umowami się rozniosła, temat umarł śmiercią naturalną.

zaloguj się by móc komentować

Greenwatcher @pink-panther 3 maja 2019 16:25
3 maja 2019 16:41

U mnie podobnie, choć ostatnio deweloperka i eksperty naciągają chłopów na przygotowanie działek pod elektrownie fotowoltaiczne. 

zaloguj się by móc komentować

adam-er @Greenwatcher 3 maja 2019 16:41
3 maja 2019 17:29

Chłopi wydzierżawią ziemię po solary za "grubą" kasę, po czym gmina opodatkuje im tą ziemię jak po kopalnię miedzi i okaże się, że tej "grubej" kasy starcza na jakieś 15 proc. tego podatku, po czym deweloperka od solarów kupi tą ziemię od rolnika za parę procent jej wartości. Pierwsze takie deal'e miały miejsce w Polsce już parę lat temu.

Zawsze wypatruję pańskich wpisów na SN. Dzięki.

 

zaloguj się by móc komentować

syringa @pink-panther 3 maja 2019 14:45
3 maja 2019 17:29

Zgadzam sie

Zabicie bociana w Polsce uwazane bylo za ciezki grzech a jego osiedlenie sie na terenie gospodarstwa -za przywilej.

I ciekawe -tam gdzie sie osiedlil zazwyczaj bylo duzo dzieci...

A bocian glownie odzywia sie myszami, nornicami, jaszczurkami i zaskroncami .Zaby na koncu ....

zaloguj się by móc komentować

adam-er @pink-panther 3 maja 2019 16:25
3 maja 2019 17:37

Angole sami oficjalnie wyliczyli (widziałem na jakimś Discovery, czy BBC), że turbina wiatrowa zamortyzuje się, licząc do wartości wyprodukowanej energii za ok. 400 lat !!!

 

zaloguj się by móc komentować

gorylisko @Greenwatcher
3 maja 2019 17:37

tak a propos wiatraków w UK...nie jest tak zle...wiatraki są stawiane na morzu... parę lat temu zacząłem zauważać, ze ich przybywa dokładnie naprzeciw mojego domu, postawiono platformy, połączono z ladem... więc jedyny kłopot mają mewy... dość wredne stworzonka zresztą... po lasach pełno bażantów, królików których sobie można nastrzelać ile się chce...ale jakby nie patrzeć lasy pogrodzone, nie wszystkie i są ścieżki... poza tym przyznaje się bez bicia, parę lat temu zamordowałem bażanta bo zachował się typowo jak kurczak, był na skraju drogi, wystarczyło zostać a on stwierdził, że po drugiej stronie będzie bezpieczniej... cześć jego pamięci... bo nawet rosołu z niego nie było... co do dropi...dużo się o nich naczytałem w różnych książkach podróżniczych... ale dzięki za detale i proszę o jeszcze w kwestiach ornitologicznych zainteresowań ludzi głodnych

zaloguj się by móc komentować

syringa @pink-panther 3 maja 2019 16:25
3 maja 2019 17:38

tam gdzie mam ogrod przebiegaja odwieczne trasy przelotow: ze Skandynawii na poludnie (na stawy Milickie i dalej) i z Ukrainy (bialorusi) na polnocny -zachod, na ujscie Warty (prawie zawsze im to wystarcza)

2X do roku leca setki -tysiace kluczy glownie gesi . Leca i spia bo prowadzi tylko stara przewodniczka, ktora geganiem je naprowadza, a one odpowiadaja spiac. (gdy gorzej slysza -budza sie bo to znaczy ze zaczynaja bladzic)

...4 km dalej (na szczescie nie blizej -u nas w gminie przy probach byly protesty!) zrobiono "ferme wiatrowa"

Teraz juz sie nauczyly ale pierwszego roku gesi zdezorientowane krazyly w kolko bo nie mogly wracac na Ukraine swa znana trasa.

Ptaki sa madrzejsze od ludzi....

 

zaloguj się by móc komentować

DYNAQ @Greenwatcher
3 maja 2019 17:42

Boćki zaskoczyły mnie wczoraj,przyleciały w kluczach po kilkanaście sztuk (w początku maja!) i mało tego ,sejmikowały-ale-sejmiki na wiosnę? 

zaloguj się by móc komentować

Greenwatcher @DYNAQ 3 maja 2019 17:42
3 maja 2019 18:18

U mnie w ostatnie dni kwietnia, wraz z ciepłym wiatrem z południa, przyleciała ostatnia Afryka, to jest trzciniaki, kukułka i moja ulubiona wilga.

zaloguj się by móc komentować

Greenwatcher @pink-panther 3 maja 2019 16:25
3 maja 2019 18:25

To nie moda a dopłata. Pamiętam, że był też jakiś deal z niemieckimi producetami turbin i bankami, ale muszę poszukać w notatkach.    

zaloguj się by móc komentować

Greenwatcher @adam-er 3 maja 2019 17:29
3 maja 2019 18:33

Dwie elekrownie fotowoltaiczne, które znam, mają wszystko z Huawei i tylko betonowy słup transformatora oraz siatka płotu jest krajowa. Inwestorem jest Koreańczyk, a ochroniarze z Polski.  

zaloguj się by móc komentować

Perseidy @pink-panther 3 maja 2019 14:45
3 maja 2019 21:53

Jakis czas temu ktoś wkleił tutaj link do "pamiętników Włościanina" autorstwa Jana Słomki - wójta w Dzikowie wydanych w 1029 roku,  to prawdziwa rewelacja, wprost nie można sie oderwać.

Najlepiej przekleić tekst do Worda i wydrukować z bindowaniem za 20 złotych, tak jak ja to zrobiłam.

polecam gorąco wszystkim te wspomnienia:

http://www.linux.net.pl/~wkotwica/slomka/slomka-przedm.html

 

 

zaloguj się by móc komentować

Perseidy @pink-panther 3 maja 2019 14:45
3 maja 2019 21:54

Jakis czas temu ktoś wkleił tutaj link do "pamiętników Włościanina" autorstwa Jana Słomki - wójta w Dzikowie wydanych w 1029 roku,  to prawdziwa rewelacja, wprost nie można sie oderwać.

Najlepiej przekleić tekst do Worda i wydrukować z bindowaniem za 20 złotych, tak jak ja to zrobiłam.

polecam gorąco wszystkim te wspomnienia:

http://www.linux.net.pl/~wkotwica/slomka/slomka-przedm.html

 

 

zaloguj się by móc komentować

MarekBielany @Greenwatcher
3 maja 2019 22:28

Dropa nie spotkałem.

Daj Boże zdrowie !

ZielonyObserwujący...

Jak ta para Myszołowów nad S8 w korku ok. 11:00 pierwszego maja.

:)

zaloguj się by móc komentować

KOSSOBOR @syringa 3 maja 2019 17:29
3 maja 2019 22:36

Jak ocenił jeden z moich vetów, do Polski przylatuje corocznie darmowa armia czyścicieli pól ze szkodników. 

zaloguj się by móc komentować

KOSSOBOR @Greenwatcher
3 maja 2019 22:45

https://www.youtube.com/watch?v=tbUcf_AlGrY

- to pieśń łabędzia obracanego na rożnie: "Niegdyś po stawie pływałem", Carmina Burana. Kontratenor. 

Cz.12. (Śpiewa łabędź na rożnie-kontratenor solo) Niegdyś po stawie pływałem, wdzięk mój w wodzie oglądałem, gdy postać łabędzia miałem. (chór) Ach, los marny, mnie na czarny kolor przemalował. (kontratenor)Na rożnie mnie obracają, ogniem żywym przypiekają, potem do stołu podają. (chór) Ach, los marny mnie na czarny kolor przemalował. (Kontratenor) Na pólmisku leżę stęgły, pływać w sosie nie ma kędy, w koło wyszczerzone zęby. (chór Ach, los marny mniena czarny kolor przemalował.

Dzięki za pasjonującą notkę. 

Ponoć ostatnie dropy w Polsce to lata 80-te. Czy coś więcej wiemy?

zaloguj się by móc komentować

KOSSOBOR @KOSSOBOR 3 maja 2019 22:45
3 maja 2019 23:17

Według wiki: https://pl.wikipedia.org/wiki/Drop_zwyczajny

Drop w Polsce[edytuj | edytuj kod]

Od XVII do XIX wieku drop gnieździł się na znacznych obszarach kraju, ale pod koniec XIX w. ptak ten zaczął znikać z rejonów wschodnich; ostatnia informacja z 1889 r. pochodzi z Mazur. W latach 30. XX w. odnotowano około 600-700 osobników na terenie województw zachodnich. W 1958 r. – 432 sztuki. W latach 1962–1979 gatunek występował już tylko w okolicach Pyrzyc i Słubic (1962 – 305 sztuk, 1975 – 123 sztuki, 1979 – 25 sztuk). W 1980 roku odnotowano jedynie 16 ptaków na 4 stanowiskach lęgowych. W 1986 r. tylko na jednym stanowisku w Parnicy koło Pyrzyc[14].

W latach 1974–1980 w Siemianicach działała pierwsza doświadczalna stacja hodowli dropi przy Akademii Rolniczej w Poznaniu (obecnie Uniwersytet Przyrodniczy). Jej zadaniem było przyjmowanie zagrożonych zniszczeniem lęgów z terenów rolniczych, inkubacja jaj, wychów i karmienie piskląt oraz dopracowanie metod hodowli dropi w warunkach półwolnych, by ostatecznie wypuścić na wolność. W stacji wykluło się 17 ptaków z 28 zagrożonych zniszczeniem jaj, przejętych z terenów rolniczych. Wiek jednego roku osiągnęło 11 osobników, 2 lat – 8, a 4 lat tylko 2 ptaki. Najwyższy stan liczbowy – 13 ptaków – w Siemianicach osiągnięto w 1980 roku. 13 grudnia 1980 roku nieznani sprawcy zabili 9 ptaków z hodowli, a dwa lata później kolejne dwa. Ocalałe ptaki przeniesiono do stacji w Stobnicy. W 1986 r. z uratowanych 4 ptaków, żyły ostatnie 2 dropie. W 1989 roku padł ostatni polski drop[15].

Na przełomie 2015 i 2016 roku dropia zaobserwowano w Małopolsce na polach uprawnych między Cichawą a Grodkowicami[16][17], a w 2018 – we wschodniej części woj. zachodniopomorskiego (samica urodzona w Niemczech)[18], prawdopodobnie nie były to jednak osobniki gniazdujące i dlatego drop nadal jest uważany za wymarłego na terenie Polski.

zaloguj się by móc komentować

Stalagmit @Greenwatcher
4 maja 2019 06:57

Dziękuję za kolejny ciekawy tekst, tym razem z odniesieniami do archeologii i archeozoologii. Elektrownie wiatrowe zostały niedawno mocno rozbudowane w okolicach Iłży, w powiecie starachowickim i na przyległych terenach:

https://www.youtube.com/watch?v=KnLwCp0olzQ

https://echodnia.eu/tag/ilza-wiatraki

zaloguj się by móc komentować

Greenwatcher @KOSSOBOR 3 maja 2019 23:17
4 maja 2019 07:30

Bardzo dziękuję - wysłucham wreszcie tej pieśni.

Właśnie tego ostatniego dropia  (1989 roku padł ostatni polski drop) widziałem w Stobnicy, będąc studentem, na praktyce z … geomorfologii - tak to się kiedyś wszechstronnie kształciło geografów.

Co nieco o fenomenie gatunków wymarłych, w tym o dropiu, pisałem w tekście pt. Nic tak nie ożywia jak coś wymarłego.

zaloguj się by móc komentować

Greenwatcher @Stalagmit 4 maja 2019 06:57
4 maja 2019 08:08

Dziękuję. Ludzkie dzieje zapisane reakcją środowiska są bezstronne, weryfikują to co faktycznie spisane i dlatego bardzo lubię czytać (studiować) teksty Stalagmita i innych autorów SN, którzy te zapisy łączą.

Archeozoologia i archeobotanika, z których korzysta paleoekologia, mają niestety niewielkie zastosowanie w ochronie przyrody i w tym co jest utożsamiane z ekologią (a nią nie jest). Tak jak napisałem w tekście one przeszkadzają, w wielu wypadkach, "ratować" przyrodę.

zaloguj się by móc komentować


KOSSOBOR @Greenwatcher 4 maja 2019 07:30
5 maja 2019 00:04

Dzięki, przeczytałam. Mnie zastanawia nasza bezradność wobec tego ekopancerwalca. No ale to jest na poziomie państwa i elit.

Mam pytanie, które mnie dręczy i zapewne jest głupie /ale trudno :)/ - otóż kilka lat temu pisano, że koło Czarnobyla zauważono olbrzymie kurczaki i przypisano to wiadomemu promieniowaniu po katastrofie. Natychmiast skojarzyły mi się te kurczaki z dropiami. Co Pan sądzi?

zaloguj się by móc komentować

MarekBielany @MarekBielany 3 maja 2019 22:28
5 maja 2019 21:37

Co za poniżenie.

myszołów pasuje akuratnie.

para ? a chyba że pedały.

zaloguj się by móc komentować

tadman @Greenwatcher
7 maja 2019 14:06

Na naszych okołomiejskich polach trudno zauważyć kuropatwy. Kiedyś, zwłaszcza zimą nie było to problemem. Doskonale radę dają sobie natomiast bażanty. Weszły do miasta i stały się odważne, bo nawet penetrują zarośla, w dużej mierze składające się z rdestu sachalińskiego, biegnące wzdłuż torów kolejowych. Ich charakterystyczne głosy powszechne są na działkach. W zeszłym roku zmory objadły do cna borówki amerykańskie.

zaloguj się by móc komentować

Greenwatcher @tadman 7 maja 2019 14:06
7 maja 2019 15:51

Nie wiem czy nie mieszkamy obok siebie, ale u mnie na wsi jest to samo. A to co różni spostrzeżenia to pożarte, przez harem bażanci, jagody kamczackie. Miłych obserwacji, a borówki spróbować nakrywać, ale jak już pamiętają gdzie są to nie będzie łatwo pozbyć się smakosza.

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować