-

Greenwatcher : "Od kiedy nie jesteśmy karmą dla wielkich kotów, boimy się samych siebie"

Lęki i strachy codzienności – od elit do globalnej wioski, cz. 1

Królestwo Wielkiej Brytanii potrzebuje uczonych – narodziny lęku

 

Thomas Robert Malthus wydał swój esej o regule populacji,  An Essay on the Principle of Population, anonimowo, w Londynie, jako skromną broszurę wydrukowaną przy parafii kościoła św. Pawła. Na 22. stronach spisał swoje przemyślenia – z dyskusji w gronie przyjaciół – o siłach, decydujących o losach ludzkiej społeczności, rozwijającej się szybciej niż dostępne jej zasoby. Broszura była tak poczytna, że już w tym samym roku wydano dodruk, w którym autor zapoznał swych czytelników ze swym imieniem i nazwiskiem. Rosnąca popularność – nie tylko reguły, ale i Mathusa – spowodowała, że do roku 1826 wydano aż 6 edycji tego niewielkiego dzieła, za każdym razem z bardziej rozbudowaną warstwą dyskusji i dowodów. Poglądy o prawdopodobnej przyszłości interesowały także wydawców na kontynencie, gdzie drukowano esej już w roku 1806. Po 1798 r., a więc po pierwszym roku wydania reguły, Malthus odwoływał się do niej w wielu innych pracach, wzmacniając jej argumentację. Jak to się stało, że ta broszura stała się tak popularna? 

Oprócz intuicji tego duchownego, zdolności logicznego wywodu i prostoty przekazu, zaważyła wątpliwość lub może nawet oryginalna opozycja wobec ówcześnie dominującego zachwytu zdolnością człowieka i społeczeństwa. Napisał o tym w przedmowie do nowego, drugiego wydania z roku 1803. Podejmując dyskusję i rozważania chciał testować prawdziwość spekulacji o doskonałości człowieka i społeczeństwa, które w tym czasie ekscytowały znaczną część publicznej uwagi. To właśnie owo ekscytowanie i jego zasięg jest inspirującą perspektywą do śledzenia historii kasandrycznych wizji przyszłości.

Ówczesny zachwyt był uzasadniony. Oto Anglia znajduje się w okresie niespotykanych dotąd osiągnięć w rolnictwie, na które nakłada się pierwsza faza rewolucji przemysłowej. Kolejne wydania eseju drukowano w czasach, gdy maszyna parowa zastępowała siłę człowieka, konia, żagli – dostarczając mocy jaką wcześniej, z taką łatwością, nie dysponowano. Zwiększa się zapotrzebowanie i wydobycie surowców oraz produkcja żywności. Lasy nikną na potrzeby pól i drewna. Następuje duża fala migracji ze wsi do miast. Gwałtownie wzrasta przyrost naturalny i liczba ludności. Thomas wychował się w rodzinie, gdzie była jeszcze 6 jego rodzeństwa, co wcale nie było ówcześnie czymś zaskakującym. Anglia, najbardziej rozwinięty i najbogatszy kraj świata, triumfuje, a Londyn, największe miasto Europy, staje się intelektualnym centrum myśli i nauki, polityki i biznesu.

W tle podziwu końca jednej epoki, a przełomu wieków, mnożyły się także obawy. Istnieją poważne dowody na to, że późne lata wieku XVIII i wczesne wieku XIX to okres wzrastającego nieładu społecznego i moralnego zamieszania, kiedy to różnorodne wskaźniki kapitału społecznego w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych znacznie zmalały – napisał Fukujama w Wielkim wstrząsie (2000). Napływ znacznej części ludności ze wsi do miast spowodował, że elity były częściej narażone na choćby widok skutków nędzy, głodu, przestępczości, itp. Era wiktoriańskiego ładu społecznego miała dopiero nadejść, a obecny gwałtowny kontakt z tłumem biedoty wzbudzał zapewne pamięć owoców rewolucji francuskiej. To przecież głód i nędza wywołały tłum na ulice Paryża, po którym nastąpiło masowe mordowanie elit, obalenie monarchii i zmiana dotychczasowego ustroju i ładu społecznego. Przecież w Paryżu, zaledwie 4 lata przed wydaniem eseju ­przyszłego, pierwszego profesora ekonomii politycznej w Anglii, zgilotynowano fizyka i chemika Antoine Lavoisiera, rozgłaszając wszem i wobec, że Republika Francuska nie potrzebuje uczonych.

W takiej atmosferze Malthus ogłosił swoje „sprawdzam” i wskazał – nie pierwszy jak sam przyznał – że istnieją ograniczenia rozwoju. Obawy o dostępność zasobów i przyszłość są co najmniej tak stare jak cywilizacja, a ówcześnie – podobnie jak dzisiaj – musiały wywołać zaciekawienie regułą i osobą. To oczywiste, że pytania o przyszłość, wszelkie proroctwa i prognozy są szczególnie pożądane w przełomowych momentach, które wyznacza kalendarz. Czy może być coś bardziej inspirującego do przemyśleń niż kończący się jeden wiek i zaczynający drugi? 

Bardziej prozaiczną przyczynę sukcesu Malhusa miał rozpoznać demograf William Petersen,  którego cytują Pierre Desrochers i  Christine Hoffbauer. Pisał on, charakteryzując tekst pierwszego wydania eseju, że jest on pełny wręcz aroganckiej, młodzieńczej pewności siebie, a ozdobny styl odwraca uwagę od wszelkich wątpliwości wygłaszanych tez. To właśnie miało przynieść Malthusowi natychmiastową sławę i rozgłos. Warto zapamiętać ten opis, analizując naukowe proroctwa dwóch następnych wieków.     

Trzeba oddać Malthusowi, że w eseju nie prognozował katastrowy cywilizacyjnej, która ma nastąpić z powodu wzrostu liczby ludności – co często, w ferworze krytyki, zarzuca mu się. Nie określał daty ani miary, która miałaby być limitem wzrostu populacji. Jednakże bardzo sceptycznie odnosił się do przyszłości, wykładając swoje spostrzeżenie, że oto przyrost liczby ludności wyprzedza przyrost zasobów, co jest przyczyną nieszczęść zależnych bądź niezależnych od człowieka, a które wyregulują wielkość liczby ludności. Ta rzekomo deterministyczna reguła – Malthus wątpił czy człowiek jest zdolny ją pokonać – rządząca  przeszłością i przyszłością, tak skutecznie inspirowała elity, że wywołała debatę parlamentarną. Zakończyła się ona akceptacją dla projektu pierwszego spisu powszechnego w Anglii, Walii i Szkocji. Przeprowadzono go w roku 1801. Był to pierwszy w dziejach najnowszych skutek niepokoju elit wzrastającą liczbą ludzi. Trzeba przyznać, że ówcześnie zareagowano  racjonalnym rozwiązaniem – rozpoznaniem przyczyn niepokoju.

Doliczono się 8,9 mln mieszkańców Anglii i Walii oraz 1,6 mln zamieszkujących Szkocję. Ponad 10 mln ludzi, które trzeba będzie wykarmić i dla których trzeba zaplanować odpowiednią uprawę kukurydzy – był to jeden z 12 postulatów argumentujących potrzebę spisu powszechnego. Ostatni z wykonanych w 2011 r. wykazał,  że liczba ludności Wielkiej Brytanii wynosiła 63 182 000. 

Malthus polemizował z tymi, którzy krytykowali regułę. W kolejnej wersji eseju z roku 1826 wspomniał nawet o dzikich spekulacjach, które na jej bazie powstały i oczekiwaniach ich spełnienia. Tymczasem on sam po latach dostrzegał, że poszanowanie reguły i znajomość nieszczęść, do których ma prowadzić, oddala ich spełnienie, a wobec tego przyszłość nie jest zupełnie przygnębiająca. Czy nie wybrzmiewa tu preludium idei rozwoju zrównoważonego – rzekomo nowatorskiej myśli drugiej połowy wieku XX ?

Wiek XIX znacznie osłabił lęk i strach reguły Malthusa. Rewolucja przemysłowa, modernizujące się rolnictwo, handel międzynarodowy, kolonializm, poprawa warunków życia i wzrost liczby ludności krajów Zachodu, pozwalały nie tylko w nią wątpić, ale w ogóle negować i okpić. Regułę poddawali krytyce nie tylko ekonomiści, ale bezlitośnie testował ją upływający czas. Katastrofalne wizje głodu, epidemii i wojen, mających być jej skutkiem, były mniej straszne, bo człowiek – i wspólnota, którą tworzył – był  coraz sprawniejszy w korzystaniu nie tylko ze środowiska, ale przede wszystkim ze swoich zdolności. Potwierdzała się opinia brytyjskiego ekonomisty Williama Pettyiego, który za oczywiste uważał, że jest bardziej prawdopodobne szybciej znaleźć jednego pomysłowego człowieka wśród 4 mln niż 400 osób. Co więcej, to miliony są w stanie więcej zagospodarować i wyprodukować niż setki. Wzrastająca liczba ludności ma zatem swe nieopisane, a być może nawet nieoczekiwane przez Malthusa, konsekwencje, które sprawiają, że reguła traci swój deterministyczny charakter, a kategoryczne i proste następstwo zdarzeń nie jest wcale tak oczywiste. 

Z perspektywy dalszego Zachodu, to jest Nowego Świata, optymizm był jeszcze silniejszy. Apokaliptyczne wizje nadmiaru ludności i niedoboru zasobów nie zdołały skolonizować umysłów Amerykanów. Na przełomie wieków XIX i XX reguła Malthusa została niemal powszechnie odrzucona przez tutejsze elity naukowe, polityczne i biznesowe. Najbardziej ostrożne prognozy brały ją wprawdzie pod rozwagę, ale jednocześnie wskazywały, że jej gwałtowne skutki nie nastąpią obecnie ani w całym, zaczynającym się XX w. Nie nadszedł bowiem czas by ekscytujące ekonomistów i myślicieli lęki teorii o stopniowym i nieuniknionym podążaniu do punktu katastrofy – wynikającej z niedoboru żywności – miały uruchomić mechanizmy redukcji populacji. Dla polityków istotny był fakt, że wprawdzie wzrostowi ludności towarzyszył wzrost popytu na produkty, lecz te obniżyły swoją wartość. Nie było zatem powodów do niepokoju społecznego, co więcej dokonywało się to przy coraz mniejszych możliwościach korzystania z państwowych zasobów gruntów rolnych – zbierano więcej plonów z tej samej powierzchni pola. W roku 1904 ponury scenariusz konsekwencji reguły Malthusa odsuwano w daleką przyszłość, a w kolejnych dekadach optymiści przeważali nad pesymistami, mimo tego, że pierwsze, silne głosy o bezpowrotnym niszczeniu i konsumowaniu zasobów środowiska pojawiały się w Ameryce, w końcu XIX w.

Coraz śmielsze oskarżenia o grabieżczą politykę i wezwania do dbałości o narodowe zasoby, zawierały postulat dla sprawowania nadzoru rządowego Stanów Zjednoczonych nad przedsiębiorcami i biznesem. Eksploatacja lasów oraz złóż żelaza intrygowała prezydenta Theodora Roosevelta i była przedmiotem debaty jego rządu w roku 1908. Kurczące się zasoby lasów, gleby, węgla i żelaza widziano jako skutek złego zarządzania i zagrożenie dla gospodarki. Nie kojarzono tych zjawisk z nadmiarem ludności, a tym bardziej nieużytkowym, podmiotowym charakterem zasobu – były to nasze lasy, nasze gleby, nasze wody itd. Lęk i strach zdawały się być opanowane, a niepokój elit nie wykraczał poza salony i biura. Wkrótce miało się to zmienić. Maltuzjanizm ponownie miał ekscytować, ale już w nowej postaci i na znacznie większą skalę niż dotychczas. Jak do tego doszło?

 

Zapraszam do lektury cz. 2 pt. Scarecrow - już wkrótce

Zobacz także

http://www.econlib.org/library/Malthus/malPlong1.html

Pierre Desrochers i  Christine Hoffbauer 2009: The Post War Intellectual Roots of the Population Bomb. Fairfield Osborn’s ‘Our Plundered Planet’ and William Vogt’s ‘Road to Survival’ in Retrospect. http://www.biologia.ucr.ac.cr/profesores/Garcia%20Jaime/POBLACION-POBREZA-DESARROLLO%20URBANO/POST_WAR_INTELLECTUAL_ROOTS_OF_THE_POPULATION_BOMB_-_FAIRFIELD_OSBORNS_OUR_PLUNDERED_PLANET_AND_WILLIAM_VOGTS_ROAD_TO_SURVIVAL_IN_RETROSPECT.pdf



tagi: ekologizm  przeludnienie  klimatyzm 

Greenwatcher
8 września 2017 14:30
6     2900    5 zaloguj sie by polubić
komentarze:
Paris @Greenwatcher
8 września 2017 21:32

Bardzo ciekawy wpis...

... i taki wprost akuratny do tych zdarzen, ktore sie teraz dzieja za "przyczyna" huraganu Irma.  Ogladam duzo relacji telewizyjnych z tego co tam sie dzieje, a wylania sie z tego jeden obraz kompletnego zniszczenia... kompletnej dewastacji  calych tych Antyli...

... i jakos dopiero dzis zauwazylam, ze tam wszedzie byly ogromne domy, hacjendy, palace, hotele... i jak dzis pojedynczy biali Francuzi wystosowali "do telewizora" apel o pomoc we wszystkim... i doszlo do mnie, ze tam ta cala zabudowa, ktora ulegla zniszczeniu to byla... CZYJAS  wlasnoscia  !!!

I dzis juz w wieczornych wiadomosciach presstytutki francuskie rozpoczely "grzanie emocji i ocipienia" o globalnym ociepleniu klimatu... bo juz "naukowcy" odkryli, ze zaczyna sie tworzyc kolejny huragan w tamtym regionie i juz jest "pranie mozgow" i sugerowanie, ze to na skutek tego "globalnego ocieplenia"...

... no i mnie - niejako automatycznie - przyszlo do glowy, ze w swietle co sie tam stalo i jeszcze moze stac - musimy bardzo pilnowac naszej Puszczy Bialowieskiej i dobrze kontrolowac nia gospodarowania.

zaloguj się by móc komentować

Greenwatcher @Paris 8 września 2017 21:32
9 września 2017 08:10

Właśnie temu, to jest, przepraszam za wyrażenie, synergii zdarzeń, proroctw i mediów poświęcam trzy części lęków i strachów codzienności. W drugiej poszukuję podobieństwa między Scarecrowem - komiksowym przestępcą, przeciwnikiem Batmana - a Paulem Ehrlichem. Obydwaj zatruwali halucynogenną trucizną wyobraźnię swych ofiar. W trzeciej zastanawiam się dlaczego Stephan Schneider, człowiek który stał na czele Międzyrządowego Zespołu do Spraw Zmian Klimatu (słynne IPCC), prorok najpierw oziębienia, potem ocieplenia stał się, przy schyłku swego życia, pionierem walki ze zmianami klimatu. Za taką walkę dostaje się nagrodę Nobla. Intelektualne elity wypowiedziały, w pierwszej dekadzie XXI w., wojnę klimatowi - strach się bać co będzie.     

zaloguj się by móc komentować

Czepiak1966 @Greenwatcher
9 września 2017 11:04

Jednym słowem - przerąbane. Dziękuję.

zaloguj się by móc komentować

Grzeralts @Greenwatcher 9 września 2017 08:10
9 września 2017 16:14

Groza. Tylko po co im to? Aż tak zgłupieli?

zaloguj się by móc komentować

Greenwatcher @Grzeralts 9 września 2017 16:14
9 września 2017 16:42

W Klubie Ronina Gabriel Maciejeswki wspomniał, że nie ma ludzi niemyślących, są tylko zastraszeni. To jest część odpowiedzi na pytanie. Wzbudzanie lęku i strachu to nie tylko sposób na skuteczne rządzenie, ale znakomity towar do sprzedaży, co jest behawioralnie uzasadnione. Po prostu zagrożenie kodujemy szybciej i trwalej zapamiętujemy. I to się da sprzedać. W trzeciej części tego eseju przypomnę jak wspomniany prof. Stephan Schneider powiedział, że trzeba straszyć społeczeństwo by je przekonać do uznania teorii naukowej i podjęcia działania.  Problem w tym, że on sam stał się, chyba bezwiednie, narzedziem zastraszania. Jemu wydawało się, że będzie manipulował całą ludzka populacją, ale kto wykorzystał jego? Zapraszam do trzeciej części.    

zaloguj się by móc komentować

Paris @Greenwatcher 9 września 2017 08:10
9 września 2017 21:50

Pan Bog nad nami czuwa...

... po tych zdarzeniach z Irma i po ogromnych dewastacjach przez ten zywiol tamtej okolicy - to raczej o "ocipieniu klimatycznym" przyjdzie na jakis czas - tym oszolomom - zapomniec...

... dzis wrocila z wakacji politycznych na scene polityczna Marine LP... i od razu rozpoczela swoje przemowienie "z przytupem"... oskarzajac "Jupitera" o zenujaco niska pomoc w sprawie katastrofalnych zniszczen na francuskich Antylach... oskarzyla merdia o bezczynnosc w sprawie organizowania akcji pomocowej na rzecz poszkodowanych mieszkancow... wreszcie oskarzyla sama "Makrele"... "Jupitera", a szczegolnie Hollande'a i Sarko  za  DEWASTACJE  Francji i Europy.

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować