-

Greenwatcher : "Od kiedy nie jesteśmy karmą dla wielkich kotów, boimy się samych siebie"

Uciekające kuraki

Gdyby hodowca kurczaków troskliwie je pielęgnował, a następnie wypuszczał na wolność, w dziką przyrodę, bylibyśmy, co najmniej zdziwieni takim bzikiem. Gdyby był rozczarowany marnym efektem uwolnienia kur, bo w dziczy są one pożerane przez bezlitosne drapieżniki, mielibyśmy go za niemądrego. Czy jednak zdobędziemy się na taką trzeźwą ocenę wobec siebie? Przecież każdy, płacący państwowe daniny, wspiera, raczej bezwiednie, podobne przedsięwzięcia. W przyrodę nie są wprawdzie wypuszczane kury lecz np. kuraki, a proceder jest realizowany nie za pieniądze niefortunnego hodowcy, lecz za składkowe pieniądze podatników, nieświadomych, że są one zamaskowane w postać różnych funduszy na ratowanie przyrody. Przeciętny obywatel, ten uznawany za nieuświadomionego ekologicznie (bo nie sortuje, pali węglem, jeździ samochodem, ma dzieci, itp.), każdego dnia uczestniczy, finansowo, w dziesiątkach projektów ochrony tzw. różnorodności biologicznej. Aż strach pomyśleć co by się stało, gdyby ów uzyskał obydwa rodzaje świadomości: ekologiczną i ekonomiczną.

Głuszec, piękny kurak i największy ptak grzebiący Europy, to mieszkaniec lasów borealnych nizin oraz gór. Jego szczególną urodę i pożytek kulinarny docenialiśmy już wieki temu. Kostne resztki głuszca oraz pokrewnego mu cietrzewia paleontolodzy i archeolodzy odnajdują na wielu stanowiskach, w których nasi przodkowie postanowili dobrze przekąsić. Upodobanie dla głuszca miało sens bo ponad sześciokilogramowy kogut przeczy powiedzeniu, że coś co ma swoją wartość piechotą nie chodzi. Głuszec chodzi. Odlot na kilkadziesiąt metrów i wzlatywanie na drzewo nie mogło być ratunkiem przed ludzkimi zdolnościami zdobywania pożywienia: kamiennym pociskiem, strzałą, wreszcie kulą lub ołowianą śruciną. To nie mogło skończyć się dobrze dla tak smakowitego i atrakcyjnego grubasa.

Lament nad zanikaniem głuszca na ziemiach polskich, ujęty w dziele Ptaki krajowe przez Władysława Taczanowskiego w drugiej połowie XIX w., poprzedziła znacznie wcześniejsza, myśliwska troska o tę leśną gratkę. By sprostać łowieckim pasjom elit cesarskiego Wiednia, dążącym na głuszca na prowincję - w daleki Beskid Śląski, miejscową gospodarkę leśną, całkowicie podporządkowano potrzebom życiowym tego ptaka. Sprzyjającą okolicznością, niemal w całych Beskidach, była także ówczesna przebudowa drzewostanu. Starsze lasy z dominującymi bukami i jodłami zaczęły zajmować wielkopowierzchniowe uprawy świerka. Huty, kopalnie, transport i osadnictwo potrzebowały surowca i paliwa (np. tutaj). Plantacje szybkorosnących świerków zakładano także na gruntach wcześniej użytkowanych przez rolników. Taka postać antropogenicznego lasu borealnego, schodząca z gór coraz niżej i dalej, rozrastała się szybciej niż w jakimkolwiek stadiale. Głuszec nie miał wyboru - musiał się mieć coraz lepiej.

Beskid Śląski nie był jedynym miejscem elitarnych polowań, gdzie głuszcową kwaterę przekształcono w luksusowy, choć ostateczne śmiertelny dla lokatora, apartament. Podobno wystarczy przeglądnąć stare księgi inwentarza zwierzyny zachodniej części Borów Dolnośląskich, by stwierdzić, że nie było tam, nie bez przyczyny, nie tylko wilka, ale i pomniejszych drapieżników. Do rzadkości należały ptaki polujące na głuszca, a ledwie bywało tam i dzika, amatora głuszcowych jaj. W takich komfortowych warunkach, wytrzebienia lub przetrzebienia drapieżników i konkurentów, jeszcze na początku XX w. trwało tu około 450 osobników głuszca. W latach 60. było ich mniej o prawie 100, a w pierwszej dekadzie XXI w. prawdopodobnie nie było już ani jednego. Las (a może los?) stał się dla głuszca bardzo nieprzyjazny.

Pierwsze efekty hodowli głuszca w niewoli, podjęte w Polsce w latach 70. ubiegłego wieku, były bardzo zadawalające. Chęć przywracania tego ptaka przyrodzie realizowano u nas jeszcze przed „szczytowym osiągnieciem” ochroniarskim świata Zachodu czyli przed akceptacją potrzeby zachowania różnorodności biologicznej. Ostatecznie z wolier uwolniono, w lasy Wielkopolski, blisko 100 wyhodowanych ptaków. Wszystkie zginęły. Kolejne hodowlane zagrody, korzystające także z importowanych głuszców, zdobywały niezbędne doświadczenie w pielęgnacji. Rosła liczba przychówku i osobników wypuszczanych na powrót w dawne kwatery, np. do wspomnianego Beskidu Śląskiego i Borów Dolnośląskich. W międzyczasie dawne obszary ekskluzywnych polowań nobilitowała do ochrony - już nie kwater myśliwskich, a różnorodności biologicznej - wspólnotowa troska o stan przyrody, wyrażona w dyrektywach, a zamanifestowana wyznaczeniem obszarów Natura 2000.

Mimo, że doniesienia o obecności głuszca w Borach Dolnośląskich były niepewne, a nawet wątpliwe, zgłoszono te lasy Komisji Europejskiej do ochrony i to jako największy obszar specjalnej ochrony tego ptaka w Polsce. Naukową powagę zgłoszenia potwierdzali pozarządowi znawcy przyrody oraz państwowe, naukowe, instytucje: Instytut Ochrony Przyrody PAN-Kraków oraz Zakład Ornitologii PAN-Gdańsk. Liczebność głuszca, ujmowana w kolejnych wersjach Standardowego Formularza Danych obszaru Natura 2000 Bory Dolnośląskie PLB020005, nawet rosła – tyle, że na papierze. Aż tu nagle w roku 2011 zamiast cyfr w kolumnie „populacja”, pojawił się znak zapytania. Departament Obszarów Natura 2000 Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska puentował obecność tego pytajnika, oficjalnie i bez żenady, korektą błędów naukowych. Takie błędy i takie korekty dotyczyły większości obszarów ochrony ptaków w Polsce. Wcześniej tylko w kuluarach wyrażano się równie dosadnie, jeśli nie bardziej, o wartości tzw. „naukowych podstaw” tworzenia sieci Natura 2000. To oficjalne upublicznienie bylejakości i mizerii nauki nie wzbudziło sensacji bo zbyt długo była to tajemnica Poliszynela. Nie ucierpiała powaga autorytetów i instytucji naukowych. Ot pomyłka, by nie powiedzieć pomyłeczka, która w nauce jest przecież wkalkulowana w proces poznawczy. Tyle, że w ochronie przyrody, która jest częścią praktycznego zarządzania a nie „hodowlą bakterii” (tutaj), błąd ma poważne konsekwencje. Mimo, że głuszcowi zaczął towarzyszyć wymowny znak zapytania to i tak pozostał, dla całej społeczności Wspólnoty, a przede wszystkim Komisji Europejskiej, przedmiotem ochrony w wielkich Borach Dolnośląskich. Złożyć deklarację i zgłosić gatunek do ochrony jest bardzo łatwo, ale w drugą stronę tak to nie działa. Cyrograf został podpisany, ale czyją krwią?

To „naukowe” oświadczenie wysłane do unijnej metropolii spowodowało, że los polskich głuszców ponownie zatroskał zachodnie elity, choć przyczyna diametralnie się zmieniła. Zainteresowanie ma swój bardzo konkretny wymiar i oczekiwanie: właściwy stan ochrony. Właściwy stan ma być, a co najmniej trzeba do niego dążyć, trzeba go uzyskać, a to wymaga nakładu. Budżet projektu czynnej ochrony głuszca na nizinnych stanowiskach Borów Dolnośląskich i Puszczy Augustowskiej, współfinasowany przez podatników Unii Europejskiej, wyniósł, w latach 2012-2018, aż 5,3 mln euro. To rocznie około 3,3 mln zł, a nie jest to pierwszy i jedyny projekt ratowania tego zwierzęcia w Borach. W tej kwocie udział ma także NFOŚiGW oraz Lasy Państwowe. Do końca projektu, a więc tego roku, planuje się wsiedlenie w Bory Dolnośląskie około 200 głuszców.

Mimo, że idea ochrony głuszca uległa zmianie, kiedyś polowania, dziś bioróżnorodność, to reguły świata przyrody są takie jakie były. Leśnicy – główni beneficjenci i koordynatorzy projektu, nie ukrywają, że sukces ich programu zależy głównie od redukcji drapieżników, choć przyczyn zanikania głuszca jest i może być wiele. Wnioski z pierwszych porażek przywracania tego ptaka przyrodzie, wsparto projektowymi, a więc poważnymi badaniami. To co podpowiadała intuicja, praktyka i wiedza leśników oraz myśliwych sprzed ponad 150 lat, potwierdzono metodami naukowymi w XXI w. – głuszec to ofiara, dosłownie i w przenośni. Redaktor magazynu przyjaciół lasu Echa Leśne, Krzysztof Fronczak wylicza (tutaj), za leśnikami, czołówkę amatorów najdroższego drobiu w Polsce: lis, kuna, kruk, sójka, borsuk – gustują w jajach. Osobniki wypuszczone z hodowli – te za ciężkie miliony, pożerają głownie: lis, kuna i jastrząb. Zapewne taką dietą nie pogardzą i zagraniczni przybysze, jak choćby jenot i szop. A zdziczałe psy i koty, które ekolodzy kanapowi z miast traktują jako milusińskie pieski i kotki? Głuszec nie ma lekko, podobnie jak ci, którzy projekt muszą zakończyć sukcesem. Co zrobić?.

Odpowiedź wydaje się bardzo prosta: trzeba, przede wszystkim, pozbyć się drapieżników. Leśnicy kroczą prawie tą samą ścieżką, którą zmierzali ich poprzednicy, ale o wiele trudniejszą. Ponad wiek temu można było bez obawy wystrzelać i przepędzić wszystkie gatunki, które powodowały straty w populacji głuszca. W takim ekosystemie wystarczył jeden drapieżnik, który wszystko kontrolował, także swoje potrzeby łowieckie, bo odstrzał głuszca był reglamentowany. A teraz? Metody można by powtórzyć, ale przecież myśliwi to czerwoni od krwi barbarzyńcy – tak ich przecież malują zieloni, a poza tym czy byłoby to zgodne z wiedzą o przyrodzie i ideami ochrony przyrody? Czym jest ekosystem bez drapieżników? To będzie raczej woliera, tyle że bez płotu, podobna leśnej kwaterze myśliwskiej, tej sprzed wieku. A co z utrzymaniem i pomnażaniem usakralizowanej różnorodności biologicznej?

Zgrabna i powszechna odpowiedź wskazuje na priorytety – ważniejszy jest ginący w Borach głuszec niż powszechny lis, dlatego strzela się do rudzielca w imię ochrony kuraka. Przejawem ekologizmu jest to, że futro z lisa nie trafia na szyję i ramiona damy. Jest on w całości zutylizowany w profesjonalnym punkcie, spełniającym unijne normy środowiskowe, a zatem jest i ekologicznie. A naturalność procesów? Przecież do ich zachowania i pokory wobec tego co naturalne wzywają leśników ekologiści np. w Puszczy Białowieskiej. W tym wypadku ochrona natury (głuszec) przed naturą (lis, borsuk i reszta drapieżnej konkurencji) w obszarze Natura 2000 (Bory Dolnośląskie PLB020005), choć nienaturalna w sposobie (odstrzał) i skutku (eliminacja drapieżników z ekosystemu) pozostaje w zgodzie ze współczesną ochroną przyrody. Ależ nie ma w tym żadnej hipokryzji, a jest to możliwe dlatego, że nie ma ona stałego i jednoznacznego algorytmu. Można ją dowolnie kształtować, podstawiając potrzebne współczynniki, zmienne a przede wszystkim oczekiwany wynik i jego interpretację. W niektórych dziedzinach nauk ścisłych takie działanie nazywa się manipulacją, choć tu wystarczy powszechne znaczenie tego terminu.

Przywrócenie tradycyjnych polowań na lisa w Wielkiej Brytanii poprzedziło posiedzenie całego parlamentu i burzliwa społeczna dyskusja w mediach. U nas nie ma tak „poważnych” zagadnień ochroniarskich, a odstrzał lisa na rzecz ochrony głuszca nie poruszył nawet najbardziej wrażliwych, przypinających się do wszystkiego miłośników dzikiej przyrody. Podobno za skuteczne strzelanie do lisa dostaje się premię i jest to pierwsza, zapewne nie jedyna, ofiara ochrony głuszca. W imię ochrony przyrody odwrócone zostały wektory w ekosystemie, a proceder w innych okolicznościach nazywany barbarzyńskim okazał się być czynną ochroną. Czy w tych nowych „okolicznościach przyrody” zrehabilituje ktoś tych myśliwych sprzed ponad 150 lat, którzy nieświadomie inicjowali „nowoczesną,  czynną ochronę” głuszca? Dziś w miejsce ówczesnych kwater myśliwskich mamy coś co można złośliwie nazwać kwaterą „ekologiczną” lub „naturową”, w której środowisko ma być głuszcowi tak przyjazne jak raj z wyobraźni działacza ekologisty.

Realia nieraju czyli rzeczywistości oraz potrzeba sukcesu projektu wymaga działań niekonwencjonalnych (taki eufemizm): by osiedlić głuszca trzeba eksmitować, z obszaru specjalnej ochrony ptaków, także jastrzębia. To nic, że ten drapieżnik, zgodnie ze stereotypem utrwalanym w ornitologicznych podręcznikach i przewodnikach, jest jednym z najbardziej prześladowanych gatunków dzikich ptaków. Okazuje się, że ta tragiczna reputacja, ofiary ludzkiej niegodziwości, nie na wiele się przydała. Jastrzębia trzeba się pozbyć bo ma drapieżne usposobienie. Prosty środek czyli odstrzał tego zwierzęcia, tak jak w przypadku innych ofiar projektu, nie jest możliwy – jastrząb zwyczajny jest gatunkiem chronionym. To rodzimy, znakomity łowca, który wyspecjalizował się w polowaniach na ofiary w leśnych ostępach, ale nie tylko. To właśnie ta wszechstronność była przyczyną wchodzenia w konflikt z człowiekiem. Jego skuteczne i częste polowania na ptactwo hodowlane, np. kury i gołębie, powodowały, że chciano go w przeszłości wytępić, jako konkurenta do drobiowych dań. Strzelano do niego także w lesie bo polował na zwierzynę łowną, a i sam był pięknym myśliwskim trofeum. Tępiony był tak skutecznie, że było go coraz mniej, aż w końcu wymagał i doczekał się ochrony prawnej. Od kilku dekad krajowa populacja tego zwierzęcia wzrasta, szacuje się jej liczebność między 5700 a 7500 par.

Leśnicy podjęli odłowy jastrzębia na obszarze 20 tys. ha, w otoczeniu miejsc, gdzie wypuszczane są głuszce. Zgodnie z podręcznikową wiedzą szacowali, że na takiej powierzchni winno być około 5 par jastrzębi. Zaplanowali, zgodnie z własnym doświadczeniem i lekkim nadmiarem, odłowienie 30 ptaków. Ostatecznie, by oczyścić teren ze skrzydlatego drapieżcy, musieli odłowić, wysiedlić i przesiedlić, ponad dwa razy tyle jastrzębi. Jeśli uproszczoną miarą kondycji ekosystemu – w tym wypadku uprawy leśnej – uczynić obecność gatunku ze szczytu piramidy troficznej, to Bory Dolnośląskie, z powyższym wynikiem, wydają się mieć bardzo dobrze. Z drugiej jednak strony leśnicy zdemaskowali, zapewne niechcący, stan wiedzy o liczebności gatunku o którym zdawaliśmy się wiedzieć bardzo dużo, a już na pewno to, że jest przez człowieka strasznie sponiewierany.

A co wiemy o mniej spektakularnych drapieżnikach głuszca, amatorach ptasich jaj np. o kruku i sójce? Przecież kruka także nie oszczędzaliśmy przez całe dziesięciolecia. Po tym jak stał się gatunkiem chronionym i przestaliśmy go nękać, jego populacja wzrosła i raczej nikt temu nie zaprzeczy. Nie znamy wprawdzie jej liczebności krajowej, ale ptak wrócił w tereny z dawna opuszczone i to w liczbie oraz zagęszczeniu większym niż te, które uważano za obszary ostojowe. Sójka, ekstrawagancko kolorowy familiant kruka, była, w niedalekiej przeszłości, widywana rzadko i uznawana za nieliczną. Tymczasem obecnie przydaje kolorytu nawet wnętrzom sosnowych monokultur, a nie jest to bynajmniej jarosz. O ile z łatwością można odszukać, pośród literatury, gromy rzucane na leśników i myśliwych za praktykowany w przeszłości odstrzał tych latających drapieżników, to niemal nigdy nie towarzyszy temu choćby refleksja nad przyczyną i skutkiem. Jeśli już ktoś ten wątek podejmuje to wyłącznie w kwestii ludzkiego, bezrozumnego barbarzyństwa. Takie jednostronne, płytkie, nieanalityczne i wreszcie nieekologiczne – w sensie nauki, a nie mody i ideologii, podejście powoduje, że z trudem przyjmujemy do wiadomości przyczynę/przyczyny dawnej świetności głuszca i obecne źródła jego słabości.

Czy leśnicy, po odłowach jastrzębia i pierwszych sukcesach głuszca, będą odławiali lub w inny sposób „eliminowali” sójkę i kruka? Taki postulat już padł podczas konsultacji społecznych planu zadań ochronnych obszaru Natura 2000 Bory Dolnośląskie PLB020005. Na razie krukowatym się upiekło, ale zobowiązano służby ochrony przyrody, leśników i myśliwych do ograniczenia, na ponad 1700 km², nie tylko populacji lisa, o którym była mowa, ale także jenota i szopa pracza. Prawna podpora sukcesu głuszca niewątpliwie się zwiększyła, jednak jest jeszcze jeden stary mieszkaniec lasów, wracający w dawne włości, który nie będzie bierny wobec sukcesu projektu leśników. To wilk.  

Wszak te same lasy, historyczna i przyszła ostoja głuszca, mają się stać, a wszystko wskazuje, że tak będzie i już tak jest, jedną z największych ostoi wilka w Polsce Zachodniej. Konfrontacja między ofiarą i drapieżcą, głuszcem i wilkiem, jest raczej przesądzona, a wynik oczywisty. Można mieć pewność, że niejeden ekspert pożywi się, jak nie przymierzając wilk babcią (tutaj), na badaniach tej relacji. Jeśli będą fundusze na tak ambitne prace naukowe to oczywiste, że ktoś wypełni niszę poszukiwania szczątków głuszca w wilczych kupach i potwierdzi pozycję tych zwierząt w łańcuchu pokarmowym. Na pewno będzie to łatwiejsze niż udzielenie odpowiedzi na pytania: jak godzono w przeszłości obecność głuszca i wilka w kwaterach myśliwskich i jak uzyskać właściwy stan ochrony tych gatunków w przyszłych „kwaterach naturowych”? Dlaczego to trudne? Trzeba by pokonać mentalną barierę w ochronie przyrody – nasączonej ekologizmem, i przyznać, że kiedyś ci podli myśliwi utrzymywali populacje głuszca, metodami które dziś arogancko nazywamy „czynną ochroną”. Trzeba by upokorzyć się i przyznać, że nasi przodkowie nie byli bezmyślnymi barbarzyńcami, a jak zabijali wilka to z jakieś przyczyny i w jakimś celu (np. tutaj). 

Konflikt w Borach Dolnośląskich dokona się nie tylko między wilkiem i głuszcem, ale przede wszystkim zespołami przyrodników, które je ratują. Obydwie grupy są związane nie tylko emocjonalnie z obiektem reanimacji, ale środkami na nią przeznaczonymi. Każda chce przetrwać, to znaczy zakończyć projekt sukcesem, skupić uwagę dysponentów środków na swoim problemie i pozyskać fundusze na dalszą misję.

W tej samej części Polski, w tym samym czasie, właściwie w tym samym regionie, w jednej jego części odławia się jastrzębia, a w drugiej montuje platformy dla gniazdowania innego latającego drapieżnika. Na szczycie starych drzew ogławia się dążący ku niebu czubek, po to by w jego miejsce zamontować penthaus dla rybołowa. Takich platform wybudowano więcej niż jest tych ptaków w ogóle w całej Polsce. Ktoś uznał, że rybołowa, podobnie jak głuszca, jest za mało, dlatego nieborak potrzebuje ludzkiej pomocy. Koegzystencja obydwu jest możliwa, bo nie ma między nimi relacji ofiara-drapieżca. Dzięki temu, że rybołów to ichtiofag, nie ma także konfliktu pomiędzy zespołami przyrodników, ratującymi obydwa gatunki. Problemem są za to gospodarujący na stawach rybnych, bo to właśnie u nich stołują się rybołowy. Nie sposób odmówić racji rybakom, gdy wnoszą żądanie wobec skarbu państwa o odszkodowanie za straty w hodowli ryb, powodowane przez chroniony gatunek. Jednak żaden stawiarz lub jeziorowiec – to już endemit wśród rybaków, takiego odszkodowania nie dostanie bo nie przewiduje tego prawo. Państwo, albo jakieś "fundusze", wprawdzie dotuje ochronę rybołowa lecz za ryby wyniesione z hodowli nie zwraca, podobnie jak za innych gości baru rybnego: bieliki, kanie, perkozy, czaple, kormorany, mewy. Rybak wprawdzie może je płoszyć na własnych stawach, jednak najpierw musi uzyskać państwowe pozwolenie na to intencjonalne działanie przeciw ptakom. Można by tych rybaków odłowić, podobnie jak jastrzębie z siedlisk głuszca, by pozbyć się problemu, ale kto będzie płacił podatki na projekty utrzymania ptaków i ich ratowników? Wszak wszyscy są w jednym „ekosystemie” zależności, jedni mniej inni bardziej świadomi tego faktu, jedni chcą to uznać inni nie.

W znakomitej, brytyjskiej animacji „Uciekające kurczaki”, kury organizują ucieczkę, ze stylizowanej na obóz koncentracyjny farmy. Wolność znajdują, po licznych perypetiach, w rezerwacie dla ptaków. Niestety ten happy end nie mówi nic o samym rezerwacie. Ochrona czynna czy ścisła? Sterowana przez człowieka czy pozostawiona naturze? Sequela, na razie, nie ma, a więc chyba natura zrobiła swoje …   

 

PS,  tekst wywołał GM, że niby te wróble ważniejsze niż niejedno co się wydaje (tutaj).

PS,  przepraszam, że będę milczał, ale robota w terenie.

 

 

 

 

 



tagi: ochrona przyrody  natura 2000 

Greenwatcher
6 września 2018 11:58
8     1412    9 zaloguj sie by polubić
komentarze:
Grzeralts @Greenwatcher
6 września 2018 13:52

Dzięki.

zaloguj się by móc komentować

Marcin-Maciej @Greenwatcher
6 września 2018 19:20

Bardzo ciekawa notka. Dziękuję.

zaloguj się by móc komentować

syringa @Greenwatcher
6 września 2018 20:18

Mam duzy ogród .

Przez lata robiłam wiele, aby bylo tam duzo ptaków. I rzeczywiście tych ptaków przybywalo -mimo czeredy sójek (sójki są wszędzie ! widuję je -i słyszę -także w moim przydomowym ogrodzie w mieście), mimo wałęsajacych się kotów -przeganiam - i  wron.

Cieszyły mnie zwłaszcza trznadle, ktore dosłownie -na mój widok (takie miałam wrażenie) zaczynały "terkotać" huśtając sie na daglezji. Słyszałam je nawet w listopadzie -tak jak żurawie, które mieszkają na dolnym stawie. I nagle od połowy tego sierpnia -cisza. I to taka, jak makiem zasiał. Nawet te sójki juz się nie drą. Tak cicho to nawet w listopadzie i grudniu nigdy nie bylo.

I myślę, że przyszła norka albo jenot i wytrzebiła wszystko, bo jakies zwierzę regularnie włącza nam pojedyńczym sygnałem alarm -wdrapuje sie pewnie rano koło czujnika idąc spać po nocnym polowaniu.

Jenoty to klęska -przyszły (a jakże !) z Niemiec. I nie mają wroga więc buszują. A "świadomość ekologiczna " jest taka, że ok tydzień temu przeczytałam, iz kobieta jadąca autem zauważyła ranne zwierzę (jenota) Zatrzymała się i ...wezwała  "patrol ekologiczny". Przyjechali i ZAOPIEKOWALI SIĘ.

Że pani nie wie, jaki to szkodnik -można zrozumieć (wszędzie wejdzie, wszystko wyciągnie nienasycony. I obcy gatunek) ale że "Patrol eko" ????

"ROwnowaga ekologiczna" jest kompletnie rozchwiana. Kiedyś było tyle zajęcy, że -czytam we wspomnieniach np. Jełowickiego w czasie jednego polowania upolowano 600 zajęcy! TO byl ładny dochód dla majątku -wysyłano do Warszawy.

Jeszcze w czasach mego wczesnego dziecinstwa od grudnia w wielu domach wisiały za oknem  zające. Eksportowalismy je żywe do Francji (za Gierka)

A teraz jest pod ścisłą ochroną powtórnie importowany -i robi mi takie szkody w drzewostanie że mogłabym....

20 lat temu w moim ogrodzie roiło sie od skowronków. Wiosną słyszałam nawet i 10 dziennie.

Teraz gdy słyszę 2 na tydzień -jestem zadowolona,

To opryski (podobno) i zjadanie przez ptaki zatrutych (lub podtrutych ) robaków. NO i norki koty jenoty ....

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

zaloguj się by móc komentować

JK @Greenwatcher
6 września 2018 21:07

Krótko mówiąc - inni goście kasują pieniądze za obsługę polowań. 

zaloguj się by móc komentować

DobreWino @syringa 6 września 2018 20:18
6 września 2018 23:02

To stara wiedza ornitologiczna,ze ptaki  zaczynają "milknąć" mniej więcej od polowy lipca,a sierpień to już w ogóle jest w lesie i okolicach "cicho jak w kościele". Tak już mają.
 

zaloguj się by móc komentować

syringa @DobreWino 6 września 2018 23:02
7 września 2018 20:12

ALez ja to wiem oczywiście!

Skowronki odlatują już w koncu czerwca, wiekszośc ptaków zaczyna migrowac lipiec /sierpień, bociany w połowie sierpnia -tez są w poblizu wyleciały w tym roku wcześniej. 

ALE ZURAWIE  są do listopada, w ub.r. odleciały chyba juz tylko na 2miesiące (na ujście Warty może ) bo w koncu lutego znów je słyszałam

A trznadle, sikorki chyba w ogole nie odlecialy albo bardzo późno

A w tym roku -nic. Cisza  Za to  bardzo foremna "kupka" odchodów na tarasie.

Nawet sójek nie ma nie mówiąc juz o wróblach -bo te chyba calkiem prawie wyginęły.

zaloguj się by móc komentować

Greenwatcher @Greenwatcher
8 września 2018 07:44

Dziękuję za nawet chęć przeczytania tekstu, który w bogatej w przedmioty SN jest egzotyczny. A tym bardziej za jego lekturę. A co do zmian w przyrodzie? Spoglądam na siebie i widzę proces, zmiany, a nie stan. Dlaczego w przyrodzie miałoby być inaczej? Czego uczy historia życia na Ziemi?  

Ci którzy zawładnęli światem wyobrażeń masowych o przyrodzie i w ochronie przyrody wmówili większości, że ma być stan – a referencją preindustialny. Poprzez końskie dawki emocji - jak to mówi i pisze rektor SN Gabriel Maciejewski, poprzez hasła takie jak np. jak zniszczenie przyrody, zanieczyszczenie środowiska, gatunki zagrożone, zachwianie równowagi, bomba demograficzna, katastrofa ekologiczna, ostatnia puszcza w Europie, wywołali kompulsje powszechnego lamentu o przemijającym stanie, o którym pamiętamy – skowronki, a nawet który odkopaliśmy – mamuty. Ta gawęda – znowu cytuję GM, pozwala uwiarygadniać potrzebę istnienia rzeszy strażników i ratowników, ale to mało. Ta gawęda, zamiast wiedzy o przyrodzie, tak zahipnotyzowała, że mało kto zastanawia się nad sensem, potrzebą i skutecznością podejmowanych działań. I o tym jest ten tekst. Ruszam na pole wywoływać zmiany. Czuwaj.  

zaloguj się by móc komentować

Grzeralts @Greenwatcher 8 września 2018 07:44
8 września 2018 09:34

Tak jest. Kraj płynął mlekiem i miodem, a ludzie żyli 120 lat w tych magicznych czasach przedindustrialnych. Ale kosciół/masoni/Żydzi/komuniści/kapitaliści wszystko zepsuli.

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować